Translate
Showing posts with label *bluegrass. Show all posts
Showing posts with label *bluegrass. Show all posts
Saturday, 14 February 2015
'BLUEGRASS'. Fragment Trzynasty. Ostatni
'XXXVII'
W niewielkim pomieszczeniu Biura Nieruchomości 'Bryson and Sons' z trudem mieściły
się trzy biurka. Dwa z nich stały puste. Za trzecim zasiadał Bryson. Synowie byli w terenie (cokolwiek to znaczyło). Mimo, że nic się nie działo, Bryson często zostawał dłużej z nadzieją,
że jakiś spóźniony klient da mu zarobić. Zazwyczaj gapił się w ekran komputera sprawdzając
kursy walut i ceny akcji. Nudę przegryzał czipsami i orzeszkami. I tak jak przewidywał, (mimo,
że miał nadzieję, że będzie inaczej) nic się nie działo. Toteż mocno się zdziwił, gdy w drzwiach zauważył Stevena.
"Witaj chłopie" - ucieszył się na jego widok - "Przychodzisz w interesach?" - zażartował
"Zgadza się" - odpowiedział Steven
"Kupno? Sprzedaż?" - Bryson nie traktował odpowiedzi Stevena poważnie -
"Interesy w takich czasach? Chłopie, mówię ci jak bratu, nie ryzykuj"
"Wynajem" - spokojnie odpowiedział Steven
"Potrzebujesz garażu dla twojego grata? No, chyba że kupujesz nowszy model..."
"Bryson, jeżeli nie zaczniesz traktować mnie poważnie, pójdę do konkurencji" -
kiedy Bryson usłyszał te słowa, przypomniał sobie, że jest w biurze. Wstał zza biurka i podając
rękę powiedział :
"No co bracie, na żartach się nie znasz? Przecież wiesz, że załatwię ci co chcesz.
Więc co to ma być?"
"Chcę ci zlecić wynajem mojego mieszkania. Sprawdź człowieka. Stałe zatrudnienie, rzetelne referencje. W umowie zastrzeż, że Agencja sprawdza stan mieszkania co pół roku i dopiero
po sprawdzeniu przedłuża umowę. Wierzę w ciebie, bo masz nosa w tych sprawach i wiesz,
o co mi chodzi. No i mam nadzieję, że nie policzysz mi zbyt drogo." - zakończył Steven.
Bryson pomyślał.
"Usiądź proszę" - powiedział do Stevena.
Sam wrócił do komputera i zaczął wystukiwać coś na klawiaturze.
"No dobrze. Od kiedy i na jak długo?" - zapytał przyglądając sie bacznie Stevenowi.
"Od zaraz. Czas nieokreślony" - odpowiedział Steven
"Okey. Powiem chłopakom żeby się rozejrzeli. A tak między nami, co się stało?" - zapytał
nie kryjąc zdziwienia.
"Chcę wyjechać na dłuższy czas. Kanada. Mam dosyć siedzenia w jednym miejscu. Myślę,
że dobrze mi to zrobi." - słysząc swoje słowa wypowiedziane głośno Steven wiedział,
że podjął właściwą decyzję. Bryson ze zrozumieniem pokiwał głową.
"Podaj mi adres. Kiedy będziesz w domu, żeby chłopak porobił zdjęcia?" - zapytał
"Może być jutro. Wystarczy, że zadzwoni godzinę przed. Będę cały dzień w domu." -
zdecydował Steven
"Przy okazji" - przypomniał sobie - "Garaż też jest do wynajęcia"
Bryson wstał i podajac rękę na pożegnanie powiedział :
"No chłopie, gratuluję. I trochę ci zazdroszczę. Nie martw się mieszkaniem. Załatwię to tak,
żeby było dobrze."
"Dzięki Bryson. Wiedziałem gdzie przyjść" - uśmiechnął się Steven
"Zawsze do usług. No, ale jakieś pożegnanie w 'Carpe Diem' chyba będzie?" - w jego pytaniu
nie było wątpliwości
"No jasne. Tylko nie rozgłaszaj na razie tej nowiny." - zaznaczył Steven
Steven wrócił do domu i trochę się przestraszył. Nie swoim wyborem. Co do tego nie miał wątpliwości. Przeraziło go porządkowanie domu przed wyjazdem. Oczywiście zamówi kogoś
do sprzątania, ale wcześniej sam musi przejrzeć te wszystkie graty. Uzbierało się tego przez kilkadziesiąt lat. Dobrze, że życie zmusiło go właśnie teraz do porządkowania. Jeszcze trochę
i nie chciałoby mu się palcem kiwnąć, żeby coś zmienić. Rozejrzał się po ścianach. Trzeba
będzie pomalować. Szafa, biblioteka... Czas na porządki. Sięgnął po długopis i kartkę papieru. Bryson odfajkowany. Dobrze. Teraz ubrania. Steven przypomniał sobie, że zna jednego gościa
ze Stowarzyszenia Wspierania Weteranów. Równy chłop. Spotykał go czasem w 'Carpe Diem'.
Nie pamięta wprawdzie jego imienia, ale to nie problem. No to też załatwione.
Książki, stare gazety, notatki... Po co to komu teraz? Z drugiej strony trudno jest mu się z nimi rozstać. Steven uwielbiał antykwariaty, księgarnie, pchle targi. Kupował książkę, i potem, kiedy odkładał ją na półkę myślał, z jaką przyjemnością sięgnie po nią po latach. Na emeryturze.
Kiedy czas się zatrzyma. I będzie go bardzo, bardzo dużo... Zaśmiał się sam z siebie. Ach, te złudzenia... Skąd to się bierze? Chyba z uciekania od teraźniejszości. Czasu jest coraz mniej.
I nigdy nie wiadomo, kiedy się skończy.
"Dobry Boże, jakie to szczęście, że w porę to zauważyłem" - pomyslał Steven z wdzięcznością.
Tak, z książkami nie będzie problemu. posegreguje według tematów (tak chyba będzie
najprościej), zostawi tylko swoje materiały do nigdy nienapisanych książek. Dobrze, że ma niewielkie pomieszczenie gospodarcze na strychu. Też zresztą do posprzątania. To będzie jego przechowalnia. Popyta znajomych bibliotekarzy. Niech przyjdą, zobaczą, na pewno znajdą coś,
co im się przyda. Przypomniał sobie o znajomym, który handluje starociami na kiermaszach...
"No dobrze" - Steven włączył światło. Był tak pochłonięty, że nie zauważył, kiedy zaczęło się ściemniać. Poczuł głód, poszedł do kuchni, włączył piekarnik i zajrzał do lodówki. Wyjął
zamrożoną pizzę. Może być. Musi pomyśleć o zdrowszym odżywianiu. Nie chodzi o gotowanie,
bo i tak je na mieście, ale jakieś suplementy, zioła...Zioła. Przypomniał sobie Ritę. Jedyną
kobietę, za którą naprawdę tęsknił. I jedyną, która, jak mu się wtedy wydawało miała nad nim władzę. Jak głupio wtedy myślał. Świat był dla niego polem walki. I z tej pozycji określał rzeczywistość. Nie rozumiał czym jest moc. Widział niszczącą siłę. Nie rozumiał czym jest
otwartość i szczerość. Widział zagrożenie. A Rita... nie uznawała takich gierek.
Po rozstaniu z Bobem postanowiła, że w jej życiu skończył się czas kompromisów i ustępstw.
Rozwód Rity i Boba nie tylko dla Stevena pozostawał zagadką. Nie kłócili się i, z tego co
wiedział nie zdradzali. Po prostu, stare dobre małżeństwo. Więc o co chodziło? Nuda? Zobojętnienie? Głupi ten Bob. Steven nigdy nie pozwoliłby odejść takiej kobiecie. Tak wtedy
myślał. Do czasu. Tak to jest. Jak mawiał jego ojciec : "Cokolwiek zrobisz, źle zrobisz". Mało motywujące, trzeba przyznać. Chyba, że poparte inną mądrością : "Jeszcze nigdy tak nie było,
żeby jakoś nie było." To brzmi bardziej optymistycznie. Życie się toczy... I cóż, zawsze 'jakoś
jest'. Właściwie sama podróż nie jest wielkim wyzwaniem. O Kanadzie myślał całe lata. Nawet
nie zdawał sobie sprawy, że przygotowywał się do wyjazdu. Rzucił okiem na mapę. Jego wzrok powędrował na skraj wschodniego wybrzeża. To jest właśnie to miejsce.
Wieczorem sprawdzi połączenia lotnicze do Halifaxu. A za miesiąc opuści Albuquerque.
'XXXVIII'
Antoni chciał wykorzystać ostatnie, ciepłe dni lata. Podążał plażą w kierunku Hove. W stronę zachodzącego słońca. Od mola dzielił go niewielki kawałek drogi. Plaża była pusta. Usiadł na kamieniach i zapatrzył się w morski horyzont. Zamknął oczy. Uderzające o brzeg fale, zagłuszały odgłosy miasta. Ciepło kamieni i ciepło promieni słońca.
"Jaki to dobry czas." - przemknęło mu przez myśl. Trwał tak, aż z tego stanu wyrwał go głos dobiegający z oddali :
"Hello Peter! Nie spodziewałam się, że cię spotkam w tym miejscu."
Antoni znał już to imię.
"Wszystko wskazuje na to, że mój sobowtór jest znaną osobistością"- pomyślał i odwracając sie
za siebie odpowiedział : "Hello!"
Zauważył, że śmieje się do niego pięknie opalona brunetka. Machała do niego obiema rękami, a kiedy zauważyła swoją pomyłkę, nie wydawała się ani trochę zakłopotana.
"Właśnie zauważyłam, że nie jesteś Peterem. Peter nie przyszedłby tutaj. Chociaż nigdy nic nie wiadomo. Ale miło cię poznać. Jak masz na imię?" - zapytała siadając obok niego.
"Antoni. Mnie również" - odpowiedział. I pomyślał :
"W Brajtonie są same zastanawiające kobiety..."
"Mam na imię Neda. Często tu przychodzisz?" - zapytała zaciekawiona.
Antoni zastanowił się : "Co masz na myśli mówiąc 'tu'? Marinę czy plażę?
"Tu. Dokładnie tutaj" - odpowiedziała Neda wskazując na tablicę informacyjną. Antoni zdziwił
się. Jakoś jej nie zauważył. A było to dość trudne, bowiem stała w tak widocznym miejscu,
że nie sposób było ją przeoczyć. Nad logiem Brajtonu widniał wyraźny napis : 'Boundary of
Naturist Beach'.
"No to co, rozbieramy się?" - Antoni nie spodziewal się takiego pytania. Ale Neda uspokoiła go :
"Ja już skończyłam pływać. A ty pewnie nie możesz się zdecydować"
Antoni był równie zakłopotany, co rozbawiony tą sytuacją. Odpowiedział więc :
"Dużo się w życiu napływałem i nie przepadam za morskimi kąpielami. Woda nie jest moim żywiołem". Neda przyglądnęła mu się badawczo. Coś ją zaintrygowało w tej wypowiedzi, bo zapytała : "W takim razie co tu robisz?"
"Rozmawiam z tobą" - Antoni dość precyzyjnie odpowiedział na pytanie.
"To rzeczywiście miłe" - stwierdziła Neda - "Ale jestem ciekawa dlaczego twierdząc, że nie
lubisz wody, wpatrujesz się w jej bezkres".
"Bo lubię patrzeć" - odpowiedział
"No tak..." - zgodziła się Neda - "To jest powód. Lubisz poezję?"
Tym pytaniem ponownie go zaskoczyła. Czy ona jest dziennikarką? Czy z jego upodobania do świętego spokoju, wywnioskowała, że lubi poezję? Ach ta kobieca dedukcja...
"Właściwie pamiętam poezję jedynie z czasów szkolnych" - wyznał szczerze - "To znaczy nie
bardzo pamiętam... Ale lubię jednego poetę. Pisał prozą. Był filozofem przedstawiającym świat
w bardzo poetycki sposób. Poza tym opatentował parę udoskonaleń lotniczych, co ma pewne znaczenie. Przez jakiś czas związany był z moim rodzinnym miastem i nosił to samo imię co ja."
"Antoni?" - Neda pospiesznie przejrzała w swej pamięci katalog znanych jej pisarzy i poza Czechowem nikt nie przyszedł jej do głowy.
"W oryginale Antoine de..." - podpowiedział Antoni a Neda celując w niego palcem natychmiast odgadła : "Mały Książę. Zgadza się?"
Antoni przytaknął. Neda przyglądała mu się przez chwilę i chciała zadać najpopularniejsze w Brajtonie pytanie 'skąd jesteś?', ale stwierdziła : "Jesteś z Francji."
"Tak. Konkretnie z Akwitanii" - odpowiedział Antoni, który nie przywykł do udzielania tylu odpowiedzi naraz. Zapytał więc : "Jesteś dziennikarką?"
"Nie, chociaż to niezły pomysł" - i uprzedzając jego kolejne pytanie dodała - "Tańczę."
Znowu go zaskoczyła. A może to jakaś metafora? Tak myślał, ponieważ nigdy nie spotkał żadnej tancerki, stąd jego wyobrażenie o tym zajęciu było bardzo nieprecyzyjne. Dlatego jedynym
pytaniem, jakie mu przyszło do głowy było : "Naprawdę?"
Neda przytaknęła : "Naprawdę. Taniec był we mnie od zawsze. Tańczyłam tyle lat...
Dopiero spotkanie z absolutnie niezwykłą, cudowną kobietą pokazało mi, że to Taniec jest nauczycielem. Słyszałeś o Gabrielle Roth?"
"Poetka?" - zapytał Antoni
"Też, ale przede wszystkim stworzyła Taniec 5 Rytmów. Kiedy o niej myślę, czuję taką wdzięczność..."
Antoni zauważył, że Neda ma łzy w oczach. Nie mogła opanować wzruszenia. Wierzchem dłoni ocierając policzki i pociągając nosem, dała sobie parę sekund na opanowanie, po czym wzięła głęboki oddech. Łzy jeszcze nie obeschły, gdy powiedziała, uspokajając Antoniego :
"To nie menopauza". Roześmiali się oboje.
"Wiesz" - kontynuowała - "Czuję taką wdzięczność i szczęście. Wdzięczność za taniec, za życie,
za oddech. Za... - znowu musiała zrobić przerwę - Za głębokie odczuwanie...Nieograniczone tworzenie..."
Mówiła z taką pasją i przekonaniem, że pociągnęła Antoniego za sobą. Podążał w rytm jej
opowieści. Zamilkła na chwilę. Zapatrzyła się na mewy unoszone wiatrem i układając się
wygodnie na boku kontynuowała : "Tak. Jestem nauczycielką tańca, ale tak, jak ci powiedziałam,
to Taniec jest prawdziwym nauczycielem. Wyzwala w tobie pragnienie ruchu, ekspresji...
Prowadzi cię, a ty podążasz poddając się. Poddając, oddając, dając... istniejesz. Po prostu
tańczysz". Antoni uśmiechnął się do siebie. Dla niego określenie 'po prostu' było zaklęciem odczarowującym wiele niemożności i fałszywych wyobrażeń. Kiedy nie wiedział co robić, lub
nie widział wyjścia z sytuacji i namęczył się z tym tyle, że już nie miał sił, robił coś 'po prostu'.
'Po prostu' podejmował decyzje. Rozstał się z Katrin, kupił łódkę, wybierał miejsca, w których
się zatrzymywał... A kiedy było logicznie i zdroworozsądkowo... wolał nie pamiętać.
Słowa Nedy przypomniały mu to, o czym przecież wiedział od lat.
"Po prostu tańczysz..." - powtórzył - "Właśnie uświadomiłaś mi coś bardzo ważnego, kiedy to powiedziałaś.
Kiedy działasz 'po prostu' jest przepływ, jest przyzwolenie na 'dzianie się'. I dzieje się.
"O to właśnie chodzi." - potwierdziła Neda - "Nie uczysz się kroków ani choreografii. Pozwalasz.
Na spokojny oddech ciała, spokojne bicie serca. I znieruchomiałe zdziwienie umysłu."
Morskie fale wyrzucały drobne kamyki na brzeg. I wracały z powrotem, zabierając inne.
Idealna wymiana. Idealny rytm.
"Ufasz tajemnicy i cudowi tego wszystkiego" - dodała Neda w zamyśleniu
"Tego wszystkiego, to znaczy... Życia?" - pomyślał na głos Antoni
"Tak. Temu wszystkiemu co życie przynosi.
Przerażenie, zachwyt... Nieustanną zmianę od dnia narodzin do chwili śmierci.
Widzisz, że jest to niekończący się twórczy proces i doświadczasz go. Nieustanne stawanie się.
Bycie człowiekiem."
Antoni długo nie mógł zasnąć. Rozmyślał o ostatnich czterech miesiącach spędzonych
w Brajton. Tak, to był rzeczywiście piękny czas. Czas pożegnań. Za kilka dni opuści to miejsce
i powróci do swojego Arcachon. Odpłynie, by rozpocząć osiadłe życie. Zajmie się ogrodem.
Posadzi pomidory i sałatę. Udomowi się.
Sięgnął po książkę, którą zawsze zabierał w podróż. Dostał ją na osiemnaste urodziny od
swojego polskiego przyjaciela Antoniego.
"Miej serce i patrz w serce" - usłyszał wtedy - "Obyś nigdy nie ugrzązł w technokratycznym świecie."
Antoni spojrzał na okładkę. Antoine de Saint-Exupery 'Citadell'. Pierwsze wydanie,
z czterdziestego ósmego. To była jedyna książka tego autora, która nim zawładnęła.
Z osławionym 'Małym Księciem' nie czuł rezonansu. Pamiętał zachwyty Katrin nad głębią
przesłania tego utworu i jej zarzuty, że Antoni nie jest w stanie zrozumieć prawdziwej literatury.
A do Antoniego nie przemawiała taka forma i nie ukrywał swojej opinii. Sam małomówny lubił rozbudowane eseje. Rozważania, dygresje, wątpliwości.'Citadelle' była dla niego skarbcem.
'Od deski do deski' przeczytał ją tylko raz, jeszcze w czasach studenckich . Od tego czasu
wiernie mu towarzyszyła. Zabierał ją ze sobą i otwierał na 'chybił trafił ', rozpoznając znane mu zdania i odkrywając je na nowo.
"Teraz nadszedł czas, żeby przeczytać ją raz jeszcze" - zadecydował. Teraz, to znaczy
po powrocie do domu.
"Do domu. Brzmi dobrze" - uśmiechnął się do siebie.
Musi odpisać Simone. Dostał od niej maila kilka dni temu. Rzadko się kontaktują, chyba, że
mają sobie coś ważnego do przekazania. Simone potwierdziła, że jej córka z rodziną zdecydowała
się zamieszkać w Nicei i Antoni może mieszkać w Arcachon do śmierci.
"Do śmierci. Nieźle brzmi. Mam motywację, żeby pożyć jeszcze jakiś czas, skoro trafił mi się
domek z ogródkiem" - pomyślał.
Zawsze lubił Arcachon. Teraz zauważył, że z każdym dniem myśli coraz cieplej o tym miejscu.
Simone zdecydowała się, że pozostanie w Kanadzie. Z Halifaxu, gdzie spędziła większość
dorosłego życia przeniosła się na północ Nowej Szkocji. Zbliżała się do siedemdziesiątki,
i chciała połączyć przyjemne z pożytecznym. Przyjemnym było miejsce, które sobie wymarzyła. Wyspa Cape Breton i znajdujący się tam Park Narodowy. A ponieważ Simone była bardzo praktyczną osobą i mimo miłości do leśnych ostępów nie należała do odludków, wymyśliła sobie,
że jeszcze trochę popracuje. Jako księgowa znalazła kilka godzin w biurze dyrekcji Parku.
Jej marzenie sie spełniło. Żyła wśród gór, lasów i dolin. Ze skalistego wybrzeża mogła
podziwiać ogrom Atlantyku. Do Halifaxu nie było daleko. Jej towarzyski charakter sprawiał, że zawsze znajdowała się w centrum uwagi i szybko zyskiwała przyjaciół.
Teraz opisywała Antoniemu zdarzenie sprzed kilku tygodni, kiedy to będąc w Halifaxie
spotkała 'przeuroczych' jak to zwykła określać, ludzi, państwa Reddingów. Mieli wspólnych znajomych, którzy zaaranżowali spotkanie, wiedząc, że Reddingowie pragną spędzić wakacje na Cape Breton. Zaprzyjaźnili się oczywiście (dla Simony było to zawsze oczywiste) i podczas
jednego z wieczorów zgadali na temat nazwiska.
Bob Redding nie słyszał nigdy o rodzinie we Francji, wiedział jedynie, że jeden z jego
stryjecznych dziadków wyjechał z Anglii by osiąść w Rodezji, stąd możliwe, że w obecnym Zimbabwe żyją jacyś jego potomkowie. Od swego ojca wiedział, że ich przodkowie przybyli
z angielskiego Glastonbury.
Simone ze swej strony mogła powiedzieć tylko tyle, co wiedziała od matki. Z ojcem nigdy
o tym nie rozmawiała, bo po prostu nigdy jej to nie interesowało. A potem, jak to zwykle bywa,
było za pózno. Matka wspomniała jej, że dziadek jej ojca pochodził z Anglii, ale poza nazwiskiem nie pozostało więcej powiązań z Wyspą. No i najważniejsze, (Simone byłaby zapomniała) Reddingowie planują podróż do Anglii i Europy na przyszłe lato. Gdyby Antoni nie miał nic
przeciw, mogliby przyjechać do niego, do Arcachon. Właściwie, to Simona już ich zaprosiła.
Są naprawdę czarujący. A poza tym, to przecież rodzina.
"Cała Simone" - Antoni nie był zdziwiony. Wszystko zorganizowała, przewidując nawet, że
Antoni spędzi następne lato w Arcachon czekając na kuzynów. Ucieszył się w duchu, że tym
razem ją zaskoczy. Odpisał więc, że cieszy się z tej wizyty, że oczywiście zajmie się Reddingami
z Halifaxu, zarezerwuje dla nich wygodny pokój w hotelu i pokaże wszystkie miejsca godne
uwagi. Nie napisał, że szykuje niespodziankę. Skoro Simone może, to on też.
Spojrzał na zegarek. Zrobiło się późno. To nic. Jutro zadzwoni do Antonii i opowie jej o swoim pomyśle. Ma nadzieję, że nie odrzuci jego propozycji. A nawet jeżeli, będzie miała prawie cały
rok na zmianę decyzji.
'XXXIX'
Po długiej rozmowie z Bobem Reddingiem, Steven odłożył słuchawkę i położył się na kanapie.
"Więc to wszystko takie proste?" - zdziwił się patrząc w sufit.
Bob, ucieszył się, gdy go usłyszał. To prawda, długo nie mieli ze sobą kontaktu. Nie stało się to jednak przeszkodą do naprawdę ciepłej wymiany zdań.
'Co u ciebie?', 'Dobrze, że się odezwałeś', 'Oczywiście, że nie przeszkadzasz', 'Tak, ożeniłem się, mam cudowną żonę', 'Nie, nie mamy dzieci', 'Steven, to twój najlepszy pomysł! ', ' Naprawdę
żaden kłopot ', 'Przyjeżdżaj '.
"Więc to takie proste?" - powtórzył niedowierzając.
Fakty wskazywały na to, że tak. Kilka lat temu Bob przeprowadził się z zachodniej Kanady do Halifaxu. Steven nie wiedział o tym i było to dla niego prawdziwą niespodzianką. Potraktował to jako znak, że podąża w dobrym kierunku. Kupując bilet i wybierając Nową Szkocję nawet przez myśl mu nie przeszło, że może tam spotkać kogoś znajomego. A tu Bob, przyjaciel z dawnych czasów. Nie widzieli się tyle lat. Obydwaj bardzo się zmienili. I tak samo cieszyli na to spotkanie.
Steven spojrzał na zegarek. Jedenasta. A, niech to... W Halifaxie jest teraz druga po północy!
Obudził Boba a ten nawet mu o tym nie wspomniał. Chyba naprawdę się ucieszył...
Dawno nie czuł się tak dobrze. Nie chciało mu sie spać. Mógłby pomyśleć, że ciśnienie mu
skoczyło, gdyby nie lekkość i dobre samopoczucie, jakiego dawno nie doświadczał.
"Może to tak przed śmiercią?" - przyszło mu nagle do głowy. Przypomniał sobie jedną z ciotek,
która odkąd pamiętał, narzekała na złe samopoczucie. Była przy tym bardzo religijna i mówiła,
że cierpi dla Jezusa. Mieszkała w sąsiedztwie i często zaglądała do domu jego rodziców. Pewnego dnia, a był to piątek, przyszła wcześniej niż zazwyczaj. Steven miał wtedy kilkanaście lat i właśnie wybierał się do szkoły. Kiedy stanęła w drzwiach, kończył jeść śniadanie.Weszła do kuchni a on
od razu zauważył w niej jakąś zmianę. Nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie fakt, że nigdy za nią
nie przepadał. A teraz popatrzył na nią i powiedział : 'dzień dobry ciociu, miło cię widzieć'. Naprawdę ucieszył się,i sam się temu dziwił. Mama spojrzała na niego zaskoczona. A ciotka przytuliła ją i powiedziała : 'dobrze, że was mam'. Mimo zażyłości nigdy nie okazywała uczuć
w taki sposób. Powiedziała mamie, że zaplanowała dwa pracowite dni. Postanowiła wreszcie
zabrać się za porządki. Dzisiaj sprzątanie,jutro pranie. Piękna pogoda więc pójdzie gładko. A na niedzielę zaprosiła córki. Te dwie, które mieszkają niedaleko, bo tych ze świata nie będzie fatygować. 'Tak lubię tą waszą kuchnię', powiedziała do mamy. 'I ciebie kochana, zawsze robisz
mi taką dobrą herbatę', dodała.
Sprzątała przez dwa dni. W niedziele rano widziano ją jeszcze w kościele na pierwszym nabożeństwie. Po powrocie, powiedziała mężowi, że jest bardzo zmęczona i ten dzień spędzi w łóżku. Kiedy przyjechały córki, już nie żyła.
Jaka to dziwna historia.
Steven pomyślał teraz o tym inaczej. Jaka to dobra historia. W każdym razie nie ma co się
martwić na zapas. Ma bilet, ma Brysona który zajmie się jego sprawami w Albuquerque, ma
Boba w Kanadzie. Musi tylko jeszcze pożegnać chłopaków z 'Carpe Diem' , którzy dziwnym
trafem dowiedzieli się o jego zamiarach. I jeszcze... tu zawahał się przez chwilę. Tak. Zadzwoni
do Rity i poprosi o ostatnie spotkanie.
'XL'
Gienia kończyła szyć swoją nową sukienkę. Prosta, długa suknia w kolorze ciemnego wina.
Do tego szal we wschodnie esyfloresy. Włosy ufarbowała na swój naturalny, rudy kolor. No,
może jej naturalny jest nieco jaśniejszy. A może już wypłowiał od ciągłego farbowania?
W każdym razie był to jedyny sposób, na przeczekanie czasu, zanim wrócą do właściwej barwy.
Dwa dni temu spakowała buty, których już nie będzie potrzebować. 'Kopytka', jak mawiała Mocarelka dziwiąc się, po co Gieni buty na wysokim koturnie, skoro natura nie poskąpiła jej
przecież wzrostu.
"No właśnie, po co" - powiedziała Gienia wrzucając buty do dużej torby. Jutro zaniesie je do Czerwonego Krzyża, może się komuś przydadzą. Wyjrzała przez okno. Lubiła spoglądać na ludzi zajmujących górną platformę autobusu. Czasem ktoś się zagapił i w tym zagapieniu omiatał wzrokiem gienine okno. Zdarzało się, że zauważał stojącą w nim Gienię. Częściej, firankę
poruszoną wiatrem. Jutro są jej urodziny. Umówili się z Paputkiem i Mocarelką na lampkę wina.
Dobrze jest świętować taki dzień z przyjaciółmi.
Antoni odpłynął do Arcachon. Do swojego domu. Podczas ich ostatniego spotkania długo rozmawiali. Antoni opowiadał jej o roślinach, które będzie sadził w swoim ogrodzie. O kwiatach, warzywach, odmianach porzeczek. Czeka go mnóstwo pracy. Jeszcze tej jesieni wyrówna teren, który zarosła trawa i posadzi cebulki tulipanów i krokusów. Powiedział też, że gdy tylko Gienia zmieni poglądy na temat podróżowania, może przyjechać do Arcachon.
"Wybrzeża francuskiego też dotyka Atlantyk" - zapewniał Antoni.
"A poza tym, jeżeli będziesz miała ochotę na cieplejsze Morze Śródziemne, możemy popłynąć
tam kanałem Du Midi. To naprawdę ciekawa trasa."
Gienia wiedziała, że 'Nil Desperandum' nie zawinie już do Brajtonu. Tej jesieni Antoni zamknął pewien rozdział swego życia. Miała też przeczucie, że dla niej, wkrótce skończy się jej czas 'niepodróżowania'. Więc kto wie, może wybierze się do Arcachon? A może nieco dalej?
Stanęła przed lustrem. 'Aloha, Aloha' podśpiewywała swoim zwyczajem czesząc długie włosy.
Grzywkę przeczesała na bok spinając ją wsuwkami. Wkrótce urośnie i dorówna pozostałej
długości.
"Trochę to potrwa" - westchnęła Gienia. Cóż, niektóre rzeczy wymagają czasu.
Nie będzie już żadnych kapeluszy, różków ani turbanopodobnych ekstrawagancji.
Gienia naprawdę dobrze się czuła w nowej wersji siebie.
"Przecież to moja własna kreacja" - mówiąc 'kreacja', miała na myśli zarówno życie jak i nową sukienkę. Pójdzie teraz nad morze. Albo nie. Nagle zmieniła zdanie. Zapragnęła pójść do Dyke
Road parku. Zamówić kawę w Parkowej Cafe, usiąść na ławce i posłuchać ptasich koncertów. Oczywiście na 'tej' ławce. Na żadnej innej.
Ubrała zieloną sukienkę i otuliła się zielonym swetrem. Stosowne kolory na dzisiejszy, przedurodzinowy dzień.
'XLI'
Neda wsiadła do samochodu. Cudownie. Droga prawie pusta. Do Hove niecałe pół godziny.
Przestało padać. Ludzi prawie nie widać. Co jakiś czas, wzdłuż drogi pojawiały się kałuże,
których Neda z przyjemnością nie omijała. Już miała wjechać w kolejną, gdy zobaczyła idącą chodnikiem dziewczynę. Już kiedyś ją widziała. Zapamiętała tę dziwnie ubraną osobę na
Brighton Station. Chciała nawet zrobić jej zdjęcie. Jednak pociąg, do którego tak się spieszyła, odjeżdżał za pół minuty i było to wtedy niemożliwe. Tym razem nie mogła przegapić okazji.
Neda miała tę samą co Gienia łatwość nawiązywania kontaktów. Po prostu, kiedy chciała się
o czymś dowiedzieć - pytała. Kiedy chciała coś zakomunikować - mówiła.
Tym razem chciała zapytać, skąd pomysł na tak oryginalny ubiór, kim jest projektant i dlaczego właśnie tak. Otworzyła okno, ostrożnie podjechała do krawężnika i nieco wyprzedziła Gienię.
"Hello" - zawołała, gdy ta znalazła się na wysokości samochodu -
"Możesz poświęcić mi chwilkę?"
Gienia przystanęła, sądząc, że chodzi o wskazanie drogi. "Tak, oczywiście." - odpowiedziała.
Neda wysiadła z samochodu.
"Przepraszam cię" - i widząc, że zatrzymała się przed Parkową Cafe zaproponowała :
"Czy mogę zaprosić cię na herbatę?"
Gienia przyglądnęła się Nedzie, ale nie zdążyła zapytać, bo Neda pospieszyła z wyjaśnieniem :
"Jeżeli możesz poświęcić mi kwadrans, będzie mi bardzo miło."
"Nieźle. Urodzinowe niespodzianki zaczynają się już dzisiaj. To dobry znak" - pomyślała Gienia.
I odpowiedziała : "Dobrze."
Wiedziała, że nie ma potrzeby pytać 'dlaczego'.
Neda zauważyła, że jej rozmówczyni jest młodą dziewczyną. I - jak zdążyła się zorientować - cudzoziemką. Nie była tak wysoka, jak wydawało się Nedzie, gdy zobaczyła ja po raz pierwszy.
Jej ubiór też nie był ekstrawagancki. Wprawdzie wszystkie części garderoby, z wyjątkiem sandałów
i być może bielizny (o ile ją nosiła), były w kolorze zielonym, w tym wypadku można było raczej mówić o elegancji i dobrym smaku niż udziwnieniach.
Przyglądały się sobie z nieukrywanym zaciekawieniem.
Gienia odezwała się pierwsza :
"Chodzi ci o żyrafie różki, prawda?" - zapytała usiłując zachować powagę. Bowiem w tym momencie, poczuła dystans do tej dawnej, zbuntowanej Gieni. I z całą miłością i sympatią do
siebie, nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Neda od razu podłapała :
"O różki, ogonek i kopytka. O całą żyrafę".
Równocześnie wybuchnęły śmiechem.
"Naprawdę zwróciłaś na mnie uwagę?" - zapytała Gienia - "Sądziłam, że zlewam się z tłumem podróżnych.".
Znowu zaczęły się śmiać.
"Nie, nie zwróciłabym uwagi. W końcu niejedną żyrafę można spotkać na ulicy. Ale nie każda posiada torebkę za 500 funtów." - Neda wskazała na torebkę, którą Gienia położyła na krześle.
"500 funtów?" - Gienia spojrzała zaskoczona na swoją torbę -
"Dostałam ją od klientki, której zaprojektowałam i uszyłam suknię na jakiś ważny jubileusz.
Potem coś jeszcze u mnie zamawiała i była tak zadowolona, że dała mi tę torbę w prezencie.
Domyślałam się, że musi kosztować, ale nie sądziłam, że aż tyle."
Neda sięgnęła po torebkę.
"Sophie Hulme, najnowszy londyński trend. Nie wiedziałaś?" - zapytała bez zbytniego zdziwienia.
"Nie. Nie interesuje mnie moda. Chociaż fakt, czasem warto mieć modny dodatek, żeby zostać zauważoną." - i dodała :
"Gdyby nie ta torebka, nie zaprosiłabyś mnie na herbatę."
"Gdyby nie te różki. Torebkę zauważyłam dopiero teraz. Jak masz na imię?"
Gienia zamyśliła się. Ta nieznajoma kobieta, która pojawiła się w tak nieoczekiwany sposób, towarzyszy jej w przełomowym momencie życia i nawet o tym nie wie. A może wie?
"Mam na imię Hilde." - odpowiedziała Gienia, po raz pierwszy od wielu, wielu lat.
I odetchnęła z ulgą.
'XLII'
Całe środowe popołudnie Gienia spędziła z Paputkiem. Pod wieczór dołączyła do nich
Mocarelka. Tak, to prawda. Gienia od wczoraj używa swojego prawdziwego imienia - Hilde.
Jednak dla przyjaciół na zawsze pozostanie Gienią.
"To tak jak u Indian. Ja też jestem Paputkiem, chociaż w paszporcie wpisane jest inne imię.
A nawet nazwisko" - zauważył Paputek.
Siedzieli w mieszkaniu Gieni i oglądali 'Kumare'. Śmiali się, zastanawiali, niepokoili i znowu
śmiali. Lubili wspólne oglądanie filmów. Jedli wtedy słodycze, pili miętową herbatę, a jak
zgłodnieli, Paputek gotował zupę lentilkową.
O szóstej umówili się z Mocarelką. Mocarelka przyszła punktualnie. Gienia szykowała się do wyjścia. Kiedy wyszła z łazienki Paputek i Mocarelka zaniemówili z wrażenia.
W długiej sukni, sandałach i naturalnych włosach, wyglądała jak jakaś piękna nieznajoma.
"No jak?" - zapytała Gienia z pewnym niepokojem w głosie.
"Jak 'jak?' " - równocześnie odpowiedzieli zapytani - "Rewelka!"
Zebrali się przed lustrem i zaśpiewali 'Aloha, Aloha'.
Mocarelka wyjęła z torebki telefon i zrobiła wszystkim pamiątkowe zdjęcie.
I cały wieczór świętowali, bo w końcu nie każdego dnia Żyrafka Gienia obchodzi urodziny.
A następnego dnia...
Cóż. Następnego dnia zaczęła się zupełnie nowa historia.
KONIEC
Saturday, 7 February 2015
'BLUEGRASS'. Fragment Dwunasty.
'XXXIV'
Maria, Andre i pies Azor powitali ich przed swoim drewnianym domem. Ogrodem był las.
Dęby, brzozy, sosny oraz różne pomniejsze rośliny rozstępowały się, tworząc leśny dukt
prowadzący do siedliska.
Tuż przed drzwiami, niewielki ogródek kwiatowy. Na tarasie w donicach róże i pelargonie.
Za domem polana a na jej środku Drzewo. Pod Drzewem stół i ławki. A w głębi aronie, agresty, maliny.W mocno limitowanej ilości.
"To miejsce ma być wypoczynkiem i radością. A nie dodatkową pracą" - usłyszał Paputek od
Andre, który oprowadzał go po ogrodzie. "O, tu proszę ja ciebie rosną rudbekie. Same rosną!
Maria wsadziła do ziemi korzenie, takie co to sąsiadka chciała wyrzucić, bo stwierdziła, że za
dużo tych chwastów, a u nas kwitną przez całe lato. Roślina, jak ją dobrze potraktujesz, potrafi
się odwdzięczyć. Zresztą tak samo, jak każde stworzenie..."
Azor, który lubił przysłuchiwać się ludzkim rozmowom, nie odstępował ich ani na krok.
Teraz zamerdał ogonem na znak, że to najprawdziwsza prawda, i ułożył wygodnie na trawie.
Paputek popatrzył na kwiaty.
"W Nowym Meksyku rośnie ich sporo. Amerykanie mówią na nie "Czarnooka Zuzanna".
Jak byłem mały, Ciocia Rita kazała mi to pić kiedy byłem przeziębiony, albo podejrzewała, że
mogę mieć robaki. Brałem wtedy kamienie i piasek do buzi i stąd te obawy. Pablo mówił, że jego żona kąpie się w tych ziołach i dlatego ma najpiękniejsze ciało w całym pueblo. Mówił też, że są antidotum na ukąszenie węży. Ale jak pamiętam w naszej wiosce nie było przypadków ukąszenia, więc i nie było okazji, żeby przekonać się czy lekarstwo działa."
"No to dobrze, że nie było, bo obawiam się, że Zuzanna nawet czarnooka by nie pomogła" -
zaśmiał się Andre.
"Andre" - Paputek spojrzał na niego uważnie - "Jesteś taki jak mój nauczyciel i przyjaciel Steven. Przy każdej okazji podśmiechiwał się ze skuteczności ziół i modlitw, ale jak go postrzyknęło i nic
nie pomagało, kazał się zawieść do kręgarza i zapomniał, że nazywał go szrlatanem."
"No bo jak go bardzo bolało, to co miał robić" - Andre najwidoczniej wczuł sie w sytuację Stevena.
Maria z Ciocią Lolą nakrywały do stołu. Maria przygotowała zupę z dyni i pierogi. Ach, co to
była za uczta! Paputek nie mógł się nachwalić. Powiedział nawet, że pierogi należą do pierwszej piątki jego ulubionych dań.
"Zastanów się jakie pierogi, Paputku. Bo jak zaczniesz wyliczać, to zajmą ci całą pierwszą dziesiątkę" - dogadywał Andre
"Każde pierogi jakie robi Maria" - zdeklarował Paputek z entuzjazmem.
Był oczarowany Marią. Nawet nie przyszłoby mu do głowy, żeby zwracać sie do niej "ciociu".
Maria to Maria.
"A jak tam Paputku, jak ci się żyje w tej Anglii?" - podpytywał Andre - "Zimno? Deszczowo?
I pewnie całkiem inne życie niż w Meksyku."
"Zupełnie inne" - przytaknął Paputek
"Andre" - wtrąciła się Maria - "Mówiłam ci przecież, że Paputek przyjechał z Nowego Meksyku."
"Ano tak"- Andre zaraz się poprawił - "To Stany. No, ale klimat zbliżony.
Nie tęsknisz za Ameryką?"
"Nie" - odpowiedział szczerze Paputek - "Gdybym tęsknił, wróciłbym tam. Nie mówię, że nie
wrócę, ale teraz jest czas na inne sprawy."
Maria była ciekawa tych innych spraw i Andre znał ją na tyle, bowiem zaproponował :
"Jeśli pozwolisz Lolu, to zapraszam cię na partyjkę szachów. Od dawna mi to obiecujesz. A oni
niech sobie porozmawiaja o tych 'innych sprawach'."
Maria patrzyła na Paputka i miała łzy w oczach. Odczuwała wzruszenie, jak zawsze, kiedy przypominała sobie dawne historie. Patrzyli sobie w oczy i to wystarczało. Że też ten chłopiec przemierzył tyle tysięcy kilometrów, żeby usiąść pod dębem w ogrodzie Marii.
Maria biegle posługiwała sie esperanto. Paputek przeszedł na swój drugi język - hiszpański. Rozmawiali i doskonale się rozumieli. A mieli sobie tyle do powiedzenia. Andre, patrząc na nich
z oddali zwierzył się Loli :
"Tyle lat żyję z Marią i ciągle potrafi mnie zadziwić. Tylko popatrz na nich Lolu. Wyglądają
jakby znali się całe życie. A Paputek zastrzegał się, że nie mówi w żadnym słowiańskim języku.
I co widzimy? Gadają jak sąsiadki, które spotkały się na targu."
"Och, Andre" - westchnęła Ciocia Lola - "Oboje dobrze wiemy, że dla Marii nie istnieją ograniczenia. To wielkie błogosławieństwo, że ją mamy."
Maria z Paputkiem właśnie do nich wracali.
Andre podniósł się z fotela i ogłosił : "Piąta popołudniu, pora na angielską herbatę. Paputku,
a wy tam w tej Anglii pijecie z mlekiem, prawda?"
Paputek musiał się przyznać do niekompetencji w tej sprawie, usprawiedliwiając się :
"Niestety, rzadko piję herbatę. Traktuję ją jak inne zioła i piję tylko od czasu do czasu.
I nigdy z mlekiem."
"Z tego co wiem, nikt z tego grona nie dolewa mleka do herbaty. I nie słodzimy. Zgadza się?"
"Zgadłeś jak zawsze Andre" - przyznała mu rację Ciocia Lola. Popatrzyła na Paputka
i przypomniała sobie : "Paputku..."
"Wiem, wiem Ciociu Lolu, powód dla którego na twojej bransoletce znajduje się jeleń" -
przerwał jej Paputek
"To na tej bransoletce? " - Andre był wyraznie zainteresowany. Przyglądając się jej z bliska
zauważył : "Rzeczywiście bardzo oryginalna. U nas takiej nie kupisz. Prawda Mario?" -
zwrócił się do Marii.
"No oczywiście Andre. Przecież ta jest zrobiona specjalnie dla Loli. Paputek przywiózł ją
z Meksyku." - dodała
"Z Nowego Meksyku, Mario" - z pewną satysfakcją Andre poprawił Marię.
"W każdym razie z Ameryki" - podsumowała Ciocia Lola nie pozwalając, by rozmowa przeszła
na inne tory - "I teraz Paputek opowie nam wreszcie co wie..." - poprosiła.
"O jeleniu" - podchwycił Paputek.
Andre nadal analizował technikę wykonania bo wtrącił : "Wysokiej próby srebro. Grawerka też niczego sobie. Maria a ten kamień... Ty się znasz na tych czarach. To turkus chyba. Poprawia pamięć?" - podpuszczał Marię.
"Oj, Andre. Nie znasz się a mówisz" - Maria, ku rozbawieniu obecnych dała się wkręcić -
"Na pamięć pije się geriawit a nie turkus."
Ciocia Lola z Paputkiem z trudem powstrzymywali śmiech. Andre udawało się zachować
udawaną powagę.
"Zresztą niech Paputek powie" - Maria chciała szybko zakończyć te rozważania.
Paputek zastanowił się przez chwilę i zaczął opowiadać :
"Myślę, że o turkusach rzeczywiście Maria wie najwięcej. Ja powiem o jeleniu.
Jeleń przynosi człowiekowi wiele darów. Pierwszym z nich jest siła marzeń. Drugim, odwaga
i zaufanie, by pokonać strach przed nieznanym. Trzecim, siła wytrwania w podążaniu własną
drogą. Jelenie kochają noc, stąd dają ci wskazówki do zrozumienia cienia, z którym mierzy się
każdy człowiek. Pomagają też zrozumieć emocje, którym dajemy się czasem ponieść.
Od Pabla usłyszałem Pieśni Jelenia. Przytoczę jej słowa, bo wyjaśniają wiele."
Zamilkł na chwilę, żeby sobie dokładnie przypomnieć tekst, po czym wyrecytował :
"Przywołujesz mnie
Przychodzę,
bo jesteśmy sobie równi.
Pytasz mnie
Odpowiadam,
bo jesteśmy sobie równi.
Niewzruszenie podążaj własną drogą,
Niewzruszenie podążaj własną drogą.
Ufając, pamiętaj o ostrożności.
Schronienie znajdziesz wśród drzew.
Kiedy znajdziesz się w otwartej przestrzeni,
Rozglądnij się, ale nie patrz za siebie.
Ufając, pamiętaj o ostrożności.
W świetle księżyca
zobacz swój cień
i pozbądź się starych nawyków.
Odwagą pokonaj strach przed nieznanym.
Na skraju nieznanego
czeka wiadomość.
Niewzruszenie podążąj własną drogą,
Niewzruszenie podążaj własną drogą."
Tym razem Ciocia Lola tłumaczyła kolejno wers po wersie. Wyglądało to jak dialog. Miało
swoją melodię i rytm. Jeszcze chwilę wszyscy pozostali w milczeniu.
I wtedy Andre bardzo ostrożnie skierował swoją dłoń w kierunku rosnącej nieopodal kępy
rudbeki. Żółte płatki tworzyły aureole wokół czarnych środków.A tuż ponad, unosiła się delikatna, prawie przezroczysta ważka.
"Gadziogłówka" - szepnął Andre, jakby w obawie, że głos może spłoszyć ważkę -
"Zatrzymała się w powietrzu, pewnie dostrzegła jakąś muchę albo komara. Niby taka krucha, a prawdziwy z niej drapieżnik."
Ciocia Lola przyglądała się ważce. A ta odlatywała w różne kierunki, by powrócić w to samo miejsce.
"Właśnie dlatego dla Indian stała się symbolem zmiany prowadzącej do samorealizacji.
Zauważyli jej umiejętność skupienia uwagi na wybranym celu, fizyczne przystosowanie i zdolność odnowy." - dodał Paputek.
W tej właśnie chwili Azor, który leżał spokojnie przy nogach Andre, zerwał się i z głośnym szczekaniem rzucił w kierunku wiewiórki, która przeskakiwała z gałęzi na gałąź.
Ważka zniknęła.
'XXXV'
Paputek wrócił do Anglii z torbą polskich cukierków. Nauczył się ich nazw : 'krówka',
'kukułka', 'tititaki', 'kasztanki'... Przywiózł też prezenty dla Gieni. Od Cioci Loli kupon aksamitu
w żyrafie wzorki, a od siebie oprócz słodyczy, płytę z muzyką jak najbardziej krakowską. Tak doradziła mu pani w księgarni na krakowskim Rynku.
Umówili się jak zwykle w 'Pod zdechłym Azorem Cafe'.
"Lubię tę atmosferę" - powiedziała Gienia - "Tu jest tak, jak na dworcu, tylko jeszcze gorzej."
"Przecież nie podróżujesz, więc skąd to nagłe upodobanie?" - zainteresował się Paputek
"Paputku, kierujesz się zbyt prostą logiką.
Czy gdybyś zobaczył mnie wychodzącą ze szpitala, pomyślałbyś, że jestem chora?" -
zapytała Gienia. Paputek zastanowił się chwilę.
"Nie, ponieważ ze szpitala ludzie nie wychodzą o własnych siłach. Są obandażowani, albo na wózkach, albo o kulach asekurowani przez pielęgniarkę."
"Paputku" - zniecierpliwiła się Gienia - "Nie mówię o chirurgii ani intensywnej terapii.
Chodzi mi o zwyczajne wyjście ze szpitalnego budynku"
Paputek znowu zaczął myśleć.
"No dobrze. Może dam prostszy przykład" - Gienia starała się być wyrozumiała -
"Czy, gdybyś zobaczył mnie wychodzącą z cmentarza, pomyślałbyś, że umarłam?"
Tym razem Paputek zareagował natychmiast :
"Oczywiście, że nie. Przecież potrafię rozróżnić astrale od żywych ludzi."
Gienia odpuściła, widząc, że nie tędy droga.
"Chodzi mi o to, że nie wszysto wygląda tak, jak wygląda" - powiedziała
I Paputek zrozumiał.
'XXXVI'
Odkąd zamieszkała w Brajtonie, Gienia lubiła wszystko, co wiązało się z tym miastem.
Również, a może nawet zwłaszcza, dworzec kolejowy. Dobrze czuła się w tej przestrzeni.
Zaglądała tu od czasu do czasu, gdy było jej po drodze. Zajmowała miejsce między stoiskiem
z kwiatami a patiserią, gdzie uprzednio kupowała kawę. Nawet przy bardzo dużym ruchu, nie
było tam zbytniego zamieszania. Ludzie witali się i żegnali. Obserwowali tablice z godzinami odjazdów i przyjazdów pociągów. Niekiedy czekali siedząc, o ile udało im się załapać na wolne miejsce. Zazwyczaj czytali gazety lub, co było częstsze, bawili się telefonami i tabletami.
Gieni zdarzało się bywać tam o różnych porach dnia.
Kiedy ostatnio odwiedziła dworzec, zupełnie nieoczekiwanie doświadczyła silnego spiritualnego uniesienia. Wchodząc, odniosła wrażenie, że przenika ją anielska muzyka. I nie było to tylko wrażenie, bowiem kierując się w stronę patiserii, zauważyła pomalowane w żółto-czerwone
pasy pianino. Ludzie wchodząc wejściem głównym trafiali wprost na nie, oraz siedzącego
przy nim artystę. Artystą mógł być każdy, kto podjął wyzwanie, zachęcony widniejącymi tuż
ponad klawiaturą słowami 'please play me'. To miejsce było źródłem dźwięków, które tak
poruszyły Gienię.
Starszy Pan dający właśnie koncert, grał z taką swobodą, jakby całe życie uświetniał swą muzyką eleganckie przyjęcia.
"Może rzeczywiście tak było?" - zadumała się Gienia. I w jednej chwili przenosi się w czasie. Pierwsza połowa lat pięćdziesiątych minionego stulecia. Hove. Apartament przy Palmeira Square. Koniec czerwca. Sobotnie popołudnie. Z otwartych okien dobiegają delikatne dźwięki fortepianu. Jazz, muzyka filmowa, przedwojenne przeboje. Młody muzyk jest mistrzem nastroju.
"Jak dobrze, że był zbyt młody, by iść na wojnę" - Gienia pobieżnie oceniła jego wiek
i odetchnęła z ulgą.
"Mógłby zginąć i nie byłoby tego całego zdarzenia..." - pomyślała ze smutkiem. Ale zaraz, zaraz. Czyżby się przesłyszała? Nie, wyraźnie słyszy to imię. Sybil. Czyżby...? Tak to Sybil.
Znajduje się w cetrum uwagi. Przyjmuje gratulacje. Odpowiada na pytania. I... Nie, Gienia
wyraźnie usłyszała. Ktoś zwrócił się do niej 'Lady Captain'.
Gienia powróciła do rzeczywistości. Tym bardziej, że artysta zniknął. Pewnie nadjechał pociąg,
który zabrał go w miejsce przeznaczenia. Przeznaczenia...?
Gienia posmutniała. Jest tyle niedokończonych historii. Ludzie pojawiają się w naszym życiu i znikają, zostawiając zeschnięte okruchy pamięci. Albo jakąś tajemnicę, niezadane pytanie, odpowiedź niezupełnie na temat...
Dworcową przestrzeń znów wypełniła muzyka. Gienia spojrzała w kierunku pianina. Nieliczni
o tej porze podróżni zatrzymywali się, tworząc grupę słuchaczy skupioną wokół artysty. Tym
razem był nim młody człowiek z lekką nadwagą i identyfikatorem wskazującym, że jest pracownikiem kolei. Grał pięknie. Coraz więcej osób zatrzymywało się, by nakarmić duszę i
przez chwilę trwać w zachwycie. Wszyscy znali tę kompozycję, chociaż co to i skąd to, nie
zawsze od razu wpadało im do głowy. Niekiedy tak się zdarza, że jakiś fragment muzyczny
czy literacki krąży po Wszechświecie w oderwaniu od korzeni. Nikt nie pamięta kiedy i gdzie
został stworzony, ale wszyscy go rozpoznają. Jego autor często ginie w mrokach niepamięci.
I nie ma to większego znaczenia. Jednak ten utwór nie powstał w zamierzchłej przeszłości i
był jak najbardziej rozpoznawalny. W niezwykłej przestrzeni wiktoriańskiej Brighton Station, czarowanie muzyką Yann'a Tiersen'a rozświetlało nie tylko w gienine serce. Podróżni, pociągi, zegary... wszystko poruszało się, przepływając miedzy czasem i pośpiechem. Muzyka
prowadziła ich do bezpiecznych miejsc.
Przez szklany dach przenikały promienie słońca. Gienia poczuła ciepły dotyk . Jej dłonie
zaczęły się poruszać. W jednej chwili zrzuciła ciężkie buty i tańcząc zaczęła zataczać meandry pomiędzy zasłuchanymi ludzmi.
Pianista zmienił rytm na żywszy, wyzwalający radość i pasję. Mały, czarny chłopczyk zaczął
tańczyć razem z mamą, ośmielając tym samym innych. Zniknęły bariery. Starsza Pani
pogwizdywała wesoło, ktoś inny wyklaskiwał rytm. Telefony komórkowe dokumentowały wydarzenie, nie tylko służąc bezpośrednim relacjom, ale także filmując i robiąc zdjęcia.
Atmosfera sprawiła, że nowo przybyli od razu włączali się do zabawy. Można powiedzieć,
że powstał niezamierzony chaos. Wprowadzając stonowane frazy pianista opanował sytuację
i przestrzeń spowiła liryczna lekkość. Działo się, by zamilknąć w trwaniu ciszy.
Gienia usiadła pod ścianą i patrzyła na ludzi będących w nieustannej podróży.
Patrzyła na siebie samą. Nie była przecież wyjątkiem.
"Falami przepływamy przez dworce, miasta, pustynie i oceany, by powracać tam, gdzie
zostawiliśmy swe serca." - szeptem zapisała w swej pamięci.
Ubrała buty i poszła zamówić kawę.
to już dwunasty, przedostatni
fragment mojej opowieści.
Na ostatni
z a p r a s z a m
w następną NIEDZIELĘ 15.o2.2015
Sunday, 1 February 2015
'BLUEGRASS'. Fragment Jedenasty.
( ... )
'XXXI'
Jak długo trzeba wędrować, żeby wreszcie usiąść spokojnie na tyłku i powiedzieć sobie
'jestem i to wystarczy'. Przestać walczyć, przekonywać, pomstować, udowadniać i doświadczać kolejnych porażek. Przeżyć nawroty depresji i zawał. Steven wiedział. W jego przypadku kilkadziesiąt lat.
Nie miał spokojnej natury. Jego wybuchowy temperament sprawiał, że mało kto potrafił
z nim wytrzymać.
Kiedy mieszkał jeszcze w Albuquerque miał Billa, Paputka, i irlandzką knajpę 'Carpe Diem',
do której zaglądał stanowczo zbyt często. Spotykał tam pokrewne sobie dusze. Takich jak on niepogodzonych z rzeczywistością, mniej lub bardziej zfrustrowanych popaprańców. Byli to
weterani wojenni, różnego pokroju idealiści i ludzie, których ambicje i marzenia nigdy nie
miały szans na realizację. Ludzie zmarnowanych szans. Tak myśleli o sobie samych.
I to udowadniało im życie.
Ale w 'Carpe Diem' byli razem. Mogli się nagadać, opowiadając ciągle to samo, bo zawsze
znalazł się ktoś, kto jeszcze nie słyszał tej historii. Mogli się kłócić, wyzywać, obrażać, by
w końcu usiąść przy kolejnym piwie i narzekać na okropną celtycką muzykę, którą pasjonował
się właściciel.
Paputek wyjechał do Europy. Bill nieco dalej i bez możliwości powrotu. 'Carpe Diem' bardzo
się zmieniło. A może to on się zmienił? Zaczął obsesyjnie myśleć o śmierci. Właściwie
o umieraniu. Jak to będzie? Czy zachoruje na raka? Czy czeka go demencja? Czy tak jak Billa
znajdą go martwego w samochodzie? Czuł, jakby w tym momencie dopadły go wszystkie nieszczęścia naraz. Widział siebie starego, bezradnego, zdanego na pomoc innych.
Strach nie odstępował go ani przez chwilę. Budził się w nocy i widział siebie w trumnie.
Albo śniąc, że nie żyje, czuł, że nie może odłączyć się od fizycznego ciała. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wiedział, że to sen i nie potrafił się obudzić. Nikomu o tym nie mówił.
Nikt by się tego po nim nie spodziewał. A nawet jeżeli, to czy potrafiłby mu pomóc?
Coraz częściej chodziło mu po głowie, że najlepiej będzie skończyć ze sobą.
Rzecz w tym, że wiedział, że to niczego nie zmieni. Skąd to przekonanie? Nie miał pojęcia.
Był jednak pewien, że skądkolwiek ono pochodzi, jest prawdziwe. Cała jego uwaga skupiła się
na tym zagadnieniu. Główkował i kombinował.
Poszedł do kuchni i zrobił sobie kanapkę z resztką sera. Włączył radio. Z głośnika popłynęła
muzyka. Otworzył szafkę i zaczął zastanawiać się, na jaką herbatę ma właśnie ochotę.
Nie mogąc się zdecydować, zasugerował się zapachem. Wybrał zieloną jaśminową. Wrzucił
do czajnika i zalał wrzatkiem. Przypomniał sobie, że zielonej nie zalewa się wrzatkiem. To co. Herbata to herbata. Usiadł i czekał aż się zaparzy. Poczuł dziwny spokój. Zamknął oczy.
"Przecież jeszcze żyję" - pomyślał. Świat się jeszcze nie kończy. To prawda, na świecie dzieją
się straszne rzeczy. Zawsze się działy. Ale czy jemu jest źle?
Żyje w bogatym kraju. Niech sobie ludziska narzekają i opowiadają o recesji. To nie jest trzeci
świat. Pracował całe życie i teraz na emeryturze ma się z czego utrzymać. Nie wszędzie
tak jest. Mimo trybu życia jaki prowadził, na zdrowie nie może narzekać. Owszem, po sześćdziesiątce forma nie taka. To znaczy nie jaka? Że nie może już wlewać w siebie tyle
alkoholu co dawniej? Bogu dzięki. Nie stał się alkoholikiem. Ciśnienie? Tę dolegliwość
sam sobie zafundował. Kobiety? Nigdy nie narzekał na brak powodzenia. Inna sprawa, że
z założenia nie były to długotrwałe związki. Nie traktował kobiet poważnie i one odwzajemniały
się tym samym. W młodości nie zastanawiał się, dlaczego tak jest. Po latach odkrył, że przyczyna tkwiła w nim samym. Nie miał ochoty się zmieniać.
"Taki jestem" - powtarzał często - "Niektórym to nie przeszkadza".
To co nie przeszkadzało w przyjaźni, było nie do zaakceptowania w związku. Przekonał się
o tym dwukrotnie, kiedy naprawdę mu zależało. A teraz nie chciało mu się już uganiać za
kobietami. Sięgnął po czajnik i nalał herbatę do połowy kubka. Resztę zostawiał, żeby była
o parę chwil dłużej gorąca. Zawsze tak robił. Tak go nauczył Paputek. I taki był ich wspólny
rytuał picia herbaty. Zapach jaśminu jeszcze bardziej go uspokoił.
"O, ja głupi" - pomyślał o sobie i roześmiał się. To były słowa Paputka. Wymawiane rzadko wprawdzie i w wyjątkowych, uzasadnionych okolicznościach.Teraz w ustach Stevena były jak najbardziej uzasadnione. I tak samo jak Paputek, zaczął się stukać pięściami w głowę.
"Od razu lepiej" - to też był cytat z Paputka. W tej sytuacji jak najbardziej stosowny.
Odetchnął głęboko. Naprawdę lepiej. Czuł się, jakby mu ubyło dziesięć lat. Wiedział co ma
robić.Dopił herbatę i spojrzał na zegarek. Nie jest jeszcze późno. Zdąży załatwić kilka spraw.
'XXXII'
Tylko kilka dni pozostało Paputkowi do powrotu. Trzy z nich spędził samotnie w górach.
Nocował w stadninie koni, skąd wyruszał na kilkugodzinne wędrówki. Wrócił poruszony i zachwycony. To nie były góry skaliste. Ogromne przestrzenie lasów i połonin łączyły się
z niebem. Górskie strumienie delikatnie rzeźbiły teren wśród wysokich drzew. Ogromne połacie
łąk i pastwisk czesał wiatr. Łagodność. Tym jednym słowem Paputek określił to miejsce.
Góry, podobnie jak woda, nie znają granic. Rozciągają się, tworząc abstrakcyjne obrazy
na mapach stworzonych przez człowieka. Ten łańcuch górski zwany Karpatami, obejmował
kilka państw w środkowej Europie. Niekiedy łączyła je wspólna historia. W innym czasie, życie mieszkańców różniło sie krańcowo. Tak jak teraz.
Paputek wiedział, co w tej chwili dzieje się za wschodnią granicą Polski, tam, gdzie Karpaty
były jeszcze bardziej dzikie a ludzie bardziej przyjaźni. Na szczęście w górach nie toczyły
się walki. W tej wojnie areną były miasta.
Paputek położył się na trawie. Patrzył na bezkres nieba. Wiatr przynosił zapach jabłek z zapomnianych sadów. To były zupełnie inne góry niż te, które dotąd widział. Spokojne,
pastelowe, aksamitne, Lecz nie dał sie zwieść pozorom. Przed rozpoczęciem wędrówki, jak
zawsze pokłonił się Strażnikom i wszystkim, którzy zamieszkują tę przestrzeń.
Pokłonił sie też całej historii, której pamięć przechowuje ziemia. Poinformował żmije i inne
jadowite, że przybywa w pokojowych zamiarach i aby nie stawały mu na drodze. Na wszelki wypadek przywołał jelenia, by ten, w razie potrzeby torował mu drogę.
Paputek lubił stosować indiańskie zasady w swoim życiu.
Leżał na trawie czując ciepło ziemi. Po prostu leżał.
Wiedział kiedy wszedł w sen. Mógł teraz szybować ponad wzniesieniami. Dotykać chmur.
Unosić się tuż nad powierzchnią, by wzbić się wyżej i powrócić. Obudziło go brzęczenie muchy. "Jednak przysnęło mi się" - stwierdził bez zdziwienia.
Leżał jeszcze chwilę bez ruchu, pozwalając, by mucha kontynuowała swój koncert. Nie przepadał
za tymi owadami, ale odkąd dowiedział sie od Cioci Olgi, że brzęczenie ma bardzo korzystne częstotliwości, zaakceptował ich towarzystwo.
Oj, dobrze mu się leżało, ale nie miał zamiaru tu nocować. Zwłaszcza, że chłód zaczął dawać się
we znaki. Napił się wody i zjadł co miał do zjedzenia.
Ostatni raz spojrzał za siebie i ruszył w drogę powrotną.
'XXXIII'
"Paputku, opowiedziałeś mi o ważce, ale nadal nie wiem co z jeleniem?" - siedzieli pod
Drzewem w ogrodzie, gryząc pestki dyni, kiedy Ciocia Lola zadała mu to pytanie.
"Ciociu Lolu, nie mogę jeść za dużo dyniowych pestek. Bardzo je lubiłem, ale Pablo śmiał się
ze mnie, że jak się tak będę objadał, to urosną mi piersi, bo dynia ma dużo fitohormonów." -
Paputek nie odpowiedział na pytanie, bo musiał zwierzyć się ze swojej traumy w związku
z jedzeniem pestek.
"I uwierzyłeś mu?" - zapytała Ciocia Lola
"Początkowo tak, bo wiedziałem, że interesuje się zielarstwem. Rozmawiali nieraz z Ciocią
Ritą o różnych roślinach. A ja byłem zbyt mały, żeby rozumieć takie głupie żarty. Ciocia Rita nakrzyczała na niego. Bała się, że przestanę jeść zupę dyniową i kukurydzę, bo znając mój tok myślenia mogło to się tak skończyć. Pablo przyznał, że czasem głupio gada, a Ciocia Rita
zagroziła, że jeśli nie będzie się przy mnie pilnował, to koniec z ich przyjaźnią."
"No..." - Ciocia Lola nie znała Rity z tej strony - "Widzę, że miałeś w Cioci Ricie prawdziwego sprzymierzeńca."
"O tak. Zawsze była po mojej stronie. A kiedy miała jakieś zastrzeżenia, a jak się zapewne domyślasz, było ich sporo, załatwiała to ze mną na osobności."
"Dobrze, ale kiedy wreszcie dokończysz opowieść o jeleniu?" - niecierpliwiła się Ciocia Lola
W tym momencie zadzwonił telefon.
Po zakończeniu krótkiej rozmowy Ciocia Lola powiedziała :
"Widzisz Paputku? Kiedy czasem zdamy się na przypadek, okoliczności same układają się
korzystnie dla nas. Właśnie zadzwonił Arteo, że jest w pobliżu i zaglądnie tu do nas. Chciałeś
go poznać. 'Mówisz i masz' "
"Tak to działa" - potwierdził Paputek - "Nie wykombinowalibyśmy tego, bo jeszcze tyle spraw...
Dzisiaj wizyta u Marii a jutro..."
Nie dokończył, bowiem usłyszeli donośne 'hello!' i pojawił się Arteo, ustępując pierwszeństwa
Sati, która zdecydowała się im towarzyszyć.
"Panie pierwsze" - Arteo był szarmancki wobec Sati, podążającej pół kroku przed nim.
"No dobrze, że przyszedłeś" - powitała go Ciocia Lola - "Właśnie myślałam, kiedy się spotkamy."
Arteo odłożył kijki do nordic walking i usiadł na leżaku.
"Naprawdę? Wydawało mi się, że rozmawialiście o zwierzętach" - powiedział
"Mieliśmy zamiar, ale znowu nam nie wyszło" - powiedział Paputek przepraszającym tonem -
"Ale nie ty jesteś powodem. To jeleń tak przed nami ucieka."
"Widać lubi bawić się z Lolą w chowanego." - wywnioskował Arteo
"Nawet nie wiesz jak bardzo. Udowadnia mi to na każdym kroku" - roześmiała się Ciocia Lola
"Arteo, często chodzisz z kijkami?" - zainteresował się Paputek
"Staram się dwa razy w tygodniu. Nie zawsze mi to wychodzi. Jestem trochę leniwy, ale mam
silną motywację." - przyznał się Arteo
"Sport czy zdrowie?" - zaciekawił się Paputek
"Niestety, nie zmobilizowałbym się z tych powodów" - powiedział Arteo - "Powodem jest
spełnienie mojego marzenia. A jednym z warunków jest w miarę dobra kondycja."
Paputek zaciekawił jeszcze bardziej. Jednak dobre wychowanie powstrzymało go przed
zadawaniem dalszych pytań. Z pomocą przyszła Ciocia Lola.
"Arteo zdradź nam wreszcie tajemnicę" (zapytała tak, wyręczając Paputka, bo przecież dobrze
znała plany Arteo)
"Och" - Arteo zwlekał z odpowiedzią drapiąc się po karku - "No dobrze" - zdecydował się
wreszcie - "Na przyszły rok zaplanowałem pielgrzymkę do Świętego Jakuba. Przeznaczyłem
na to trzy tygodnie, najwyżej miesiąc. I dlatego zacząłem chodzić z kijkami. Dla kondycji. Od jakiegoś czasu myślę też o przejściu całego szlaku z Polski. Nie teraz. W przyszłości."
Na Paputku wizja ta wywarła silne wrażenie :
"To znaczy, że szedłbyś jak prawdziwy średniowieczny pątnik. Długo, daleko i ... nieprzewidywalnie!
Taka wędrówka bardzo zmienia człowieka. Niektórzy nie wracają w to samo miejsce"
"No tak" - Arteo zamyślił się - "Tego się właśnie obawiam. No zobaczymy. Czas pokaże."
Paputek spotkał w swoim życiu kilka osób, które przeszły Drogę, stąd był nieco zorientowany.
Tym bardziej zainteresował się planami Arteo. Którą trasę wybiera i o jakiej porze roku. I skąd
to pragnienie. Arteo nie był jeszcze zdecydowany, wszystko kręciło się wokół marzeń i bliżej niesprecyzowanych zamiarów.
"Jeżeli ma to być to dla ciebie w przyszłym roku, to będzie. I tyle" - podsumowała Ciocia Lola
"No tak, masz rację. W każdym razie przygotowuję się" - zakończył temat Arteo
Paputek był zadowolony, że Arteo znalazł czas, by się z nim spotkać. Chciał go popytać o różne sprawy, ale nie wiedział jak zacząć. Arteo też miał sporo pytań i zaczął od pierwszego jakie mu przyszło do głowy : "Paputku, chciałeś mnie o coś zapytać?"
To było dobre pytanie, bo, jak się okazało, pozwalało przejść do konkretów. Paputek zapytał więc :
"Wiem, że potrafisz dostrzec odpowiedzi, których pytający nie zawsze potrafi uchwycić.
Kiedy postanowiłem przyjechać do Polski, Wujek Zuni sugerował, żebym poznał jak najwięcej
osób. Takie spotkania, według niego są ważne, nawet jeżeli wydaje się, że nic z nich nie wynika.
Czy widzisz jakieś inne powody, dla których tu jestem?"
Arteo przyglądał się przez chwilę Paputkowi :
"Nie tylko obserwuj ludzi, ale również to, co jest pomiędzy nimi. Zwracaj uwagę na głosy natury,
na specyfikę miejsc, na różnice i podobieństwa. I co najważniejsze, rozróżniaj rzeczy ważne od nieistotnych. To jest czas na gromadzenie. Nie na analizowanie i wyciąganie wniosków. Będąc tu, nie masz na to przestrzeni. Dopiero kiedy wrócisz, pojawi się odpowiedź dlaczego."
"Tak też czuję. Wszystko dzieje się, jak w już wyreżyserowanym filmie. Spotkania, zdarzenia, obrazy... Jakbym już tu był. Jakbym was wszystkich znał..."
Arteo coś sobie przypomniał :
"I jeszcze bardzo ważne. Uczucia. To, czego doświadczasz z głębi serca."
"Och" - westchnął Paputek - "Jest tego naprawdę sporo. I dobrze, że tak jest."
Pomilczał chwilę i dodał :
"Dobrze, że jest mi to dane. Tyle dobra, tyle miłości..."
Ciocia Lola, która przysłuchiwała się ich rozmowie zauważyła :
"Wszyscy karmimy się sobą nawzajem. Dajemy sobie tak wiele. Czy nie wydaje wam się jednak,
że często, mimo całego dobra jakie przeżywamy, złe chwile zupełnie zaciemniają rzeczywistość?"
"Zależy jak na to patrzysz i jakim emocjom pozwalasz dominować. Jeżeli nie masz nawyku uważności, to strach, zwątpienie, niemoc, zawładną tobą. Nawet nie spostrzeżesz się kiedy.
To tak, jakby ktoś cię atakował, a ty nie masz nawyku szybkiej reakcji. I na 'dzień dobry'
oddajesz mu całą swoją moc." - zauważył Paputek
"No tak." - podsumował Arteo - "W związku z tym o czym mówimy, przyszła mi na myśl przypowieść, którą gdzieś, kiedyś zasłyszałem. Gdzie? Naprawdę nie pamiętam.
Brzmi ona mniej więcej tak :
'Pewien indiański chłopiec nie mógł pogodzić się ze złem istniejącym na świecie.
Poszedł więc do Dziadka i zapytał :
Skąd na świecie tyle zła?
Dziadek zastanowił się i powiedział :
Czuję się tak, jakby w moim sercu toczyły walkę dwa wilki.
Jeden jest pełen złości i nienawiści.
Drugiego przepełnia miłość, przebaczenie i pokój.
I który zwycięża? - zapytał zaciekawiony chłopiec.
Ten, którego karmię - odpowiedział Dziadek.'
Następny fragment w NIEDZIELĘ
8. o2. 2o14
z a p r a s z a m
Sunday, 25 January 2015
'BLUEGRASS'. Fragment Dziesiąty.
Antoni (... )
Łódkę kupił jeszcze przed emeryturą. Nie miał natury żeglarza. Lubił wprawdzie pływać
wzdłuż morskich wybrzeży, rzekami i kanałami. Podobało mu się życie na łodzi, ale nie
pociągał go żywioł oceanu i wielkie wyzwania.
Z Tuluzy mógł wypływać zarówno na Morze Śródziemne, jak i na Atlantyk.
W XVII wieku wybudowano 'Canal du Midi', który połączony z 'Canal de Garonne',
utworzył 'canal des deux mers', dwustukilometrowy szlak wodny, łączący Atlantyk z
Morzem Śródziemnym. Z nieznanych sobie powodów, Antoniego pociagało południowe
wybrzeże Anglii. Nie wiedział dlaczego, ale tęsknił za tymi miejscami, podczas zimowych
miesięcy w Arcachon.
Nigdy nie spotkał Sybil. Zbyt późno dowiedział sie o jej istnieniu. Matka zmarła w Kanadzie.
A on, dopiero kilka lat po jej śmierci, likwidując mieszkanie w Tuluzie, odnalazł na strychu
jej korespondencję z Sybil. Antoni wywnioskował, że znały się w dzieciństwie a potem straciły
kontakt. Ponownie odzyskały go na początku lat sześćdziesiątych. Antoni nie zdawał sobie
sprawy, że matka pielęgnowała swój ból i urazę tak bardzo, że irytowały ją podtrzymujące na
duchu listy Sybil i tym samym znajomość wygasła. On sam polubił Sybil i chciał ją poznać,
odwlekał to jednak i Sybil umarła, zanim zdecydował się ją odwiedzić. A szkoda.
Pozostało motto na ławce w parku i te same słowa w nazwie łodzi Antoniego.
Oraz Gienia, która przypadkowo połączyła te dwie historie.
'XXVII'
Ciocia Lola z niedowierzaniem oglądała srebrną bransoletkę.
"To naprawdę dla mnie?" - zapytała nieśmiało.
"Tak, Ciociu Lolu" - Paputek z zadowoleniem obserwował jej reakcję - "Ciocia Rita wymyśliła,
że bransoletka. Wujek Zuni zaprojektował ją z myślą o tobie. A w Albuquerqe wykonał ją
indiański jubiler."
Ciocia Lola przymknęła oczy i delikatnie przesunęła dłonią po powierzchni.
"Tak, czuję, że jest stworzona z myślą o mnie. Dziękuję... Ta ważka, taka piękna. I jeleń..
Dziękuję Paputku."
"Podziękuj Cioci Ricie i Wujkowi Zuni. To od nich. Ja tylko przekazałem i w dodatku,
byłbym o tym zapomniał. Tak mi tu u ciebie dobrze, że nawet nie wiem, jaki jest dzień."
"Piękny, jesienny i jutro jedziemy do Rezerwatu Bobrów. Darek wymyślił tę wycieczkę.
Będzie cudnie, zobaczysz." - co do tego, Ciocia Lola była pewna.
Wiedziała już, że Paputek z wszystkiego cieszy się jak dziecko i docenia nawet najdrobniejszy przejaw gościnności. Zresztą wiedziała o tym od poczatku. Założyła bransoletkę i podeszła
do lustra, chcąc zobaczyć, jak prezentuje się z daleka.
"Dwa takie piękne symbole..." - przyjrzała im się jeszcze raz z bliska
"Wiesz Ciociu Lolu, że Indianie też mają swój horoskop? Dwanaście znaków. Ptaki, wąż, łosoś
oraz różne leśne zwierzęta." - powiedział Paputek. Ciocia Lola zastanowiła się :
"Hm... nie jestem pewna, co do ważki... ale z pewnością jest tam jeleń!"
"Bingo!" - ucieszył się Paputek - "Opowiem ci moją przygodę z jeleniem.
Kiedy byłem mały, zachowywałem się okropnie.
Wprawdzie nikt z rodziny nigdy mi tego nie wypomniał, to wiem, że wszystkie Ciocie,
które się mną opiekowały miały prawdziwe utrapienie. Pewnego dnia uciekłem z pueblo na pustkowie. Biegałem goły wśród kaktusów nie mając pojęcia o niebezpieczeństwach, jakie tam czyhają. Szczególnym zagrożeniem są węże. Indiane potrafią się z nimi dogadać, ale nawiązują
z nimi kontakt wcześniej, zanim wejdą na ich terytorium. Najgorszą rzeczą jest niespodziewane napatoczenie się na węża. Oj, nie jest wtedy za wesoło. A mi to nawet do mojej niefrasobliwej
głowy nie przyszło!
Robiło się coraz goręcej. Chciało mi się pić i postanowiłem wrócić do wioski. Ale nie
wiedziałem gdzie ona jest.Z tego rozbrykania i słońca, zupełnie straciłem orientację. Położyłem
się na ziemi, bo poczułem ogromne zmęczenie. I myślałem, że tak zostanę, bo zupełnie straciłem
siły. Zacząłem płakać, bo dopiero wtedy pomyślałem, że nikt nie wie, gdzie jestem. Właściwie,
to jak pamiętam, darłem się w niebogłosy" - Paputek pokręcił głową - "Naprawdę taki byłem."
Ciocia Lola wczuła się w sytuację, bo z niepokojem zapytała :
"No, ale jak to się skończyło?"
Paputek kontynuował :
"Leżałem tak i płakałem, pociągając nosem. Z tego gorąca zacząłem mieć dreszcze, a nie
wiedziałem, gdzie rzuciłem swoje ubranie.
Wtedy poczułem, że ktoś ociera mi łzy. Otworzyłem oczy. Tuż przy moim policzku zobaczyłem nozdrza. Kiedy popatrzyłem nieco wyżej - oczy, a na końcu strasznie wielkie uszy, które
wachlowały moją rozgrzaną głowę. Ciociu Lolu! Nie masz pojęcia jakie to zrobiło na mnie
wrażenie! Słyszałem wiele opowieści o jeleniach, widziałem nawet taniec.
Pamiętam, że naśladowałem ruchy tancerzy jeszcze w tydzień po ceremonii, pohukując sobie
do rytmu. Naprawdę, co jak co, ale nie było im ze mną nudno" - roześmiał się Paputek patrząc
w zaciekawione oczy Cioci Loli. Ciocia Lola wierzyła. Jakoś nietrudno jej było wyobrazić sobie małego Paputka.
"I wtedy, na tym pustkowiu, odnalazł mnie jeleń! Wiedziałem, że zaprowadzi mnie do domu. Potrącał mnie nosem a ja słyszałem jak mówi 'rusz się wreszcie, idziemy do domu'. No więc podniosłem się z ziemi i na miękkich nogach ruszyłem za nim. Niestety, byłem tak wyczerpany,
że nie dałem rady.
I wtedy jeleń przyklęknął, a ja jakimś cudem wdrapałem się na jego grzbiet. Objąłem ramionami
jego szyję i przywarłem całym ciałem do grzbietu. I tak dotarliśmy do pueblo.
Oj, dostało mi się wtedy. Wprawdzie moje zniknięcie nie trwało długo, a Ciocia Rita myślała,
że jestem u Pabla, który miał wtedy sklep i czasem tam przesiadywałem. Ale gdy tylko
zorientowali się, że zniknąłem...
Wujek Zuni przebywał wtedy na jakiejś konferencji w Santa Fe. I to od Cioci Rity usłyszałem,
co mi się należało."
"A co z jeleniem?" - zapytała Ciocia Lola
"Bez strachu wszedł do wioski i zostawił mnie pierwszemu napotkanemu mieszkańcowi." - powiedział Paputek - "A potem pięknymi susami opuścił pueblo. Tak to się skończyło."
"Naprawdę niezwykła historia" - Ciocia Lola nie kryła zdziwienia - "I bardzo indiańska"
Paputek zamyślił się
"Z perspektywy czasu, wszystko inaczej wygląda. Taraz, kiedy byłem w Nowym Meksyku,
na wiele spraw spojrzałem na nowo. To znaczy spojrzałem, bo przypomniałem sobie o nich.
Dużo rozmawialiśmy z Wujkiem Zuni. Wiele doświadczyłem odwiedzając różne miejsca.
Przeżyłem ponowne spotkanie z jeleniem. Wujek Zuni powiedział mi teraz, że wtedy, kiedy zaginąłem i Ciocia Rita zadzwoniła do niego, wiedział, że jest to moja inicjacja. Była to też wiadomość dla nich wszystkich, żeby nigdy nie martwili się o mnie. Pablo, który zaraz
wyjechał swoją terenówką, żeby mnie szukać, był cały czas w kontakcie z Wujkiem Zuni.
Przez lornetkę zobaczył jelenia ze mną na grzbiecie i zaraz przekazał tę wiadomość.
Wujek Zuni powiedzial wtedy do niego : 'Nie przeszkadzaj. Pozwól im zakończyć tę przygodę.'
Jestem pełen podziwu dla niego. Zawsze ma w sobie taką ufność. Wie, że ta Planeta jest bezpiecznym miejscem dla tych, którzy wiedzą, bo czują."
Następnego dnia Ciocia Lola wstała nieco wcześniej, by przygotować wycieczkowy kosz
z pysznościami. Ponieważ było jeszcze sporo czasu, Paputek zaproponował :
"Zejdę do ogrodu. Pora, żebym go wreszcie przywitał."
I zszedł na dół. Gdy tylko zamknął za sobą główne drzwi, zatrzymały go pelargonie.
Miały ten sam purpurowo-czerwony odcień, co te na parapecie u Cioci Rity.
Paputek nie poświęcił im zbyt wiele uwagi, bowiem ogród przywoływał go gwałtownie.
Delikatnym szeptem powitała go magnolia. Opowiadała o swoim pięknie. Paputek przystanął,
by wysłuchać jej pieśni :
"Mówią o mnie 'księżniczka', kiedy budzę się z zimowego snu. A ja rumienię się od stóp
do głów. Odpowiadam 'dziękuję' i wiatr zanosi te słowa każdemu, kto na mnie patrzy.
'Jak tu miło' - słyszę - 'Nadeszła wreszcie wiosna!'
A ja rzucam im kwiaty pod nogi. I jestem taka szczęśliwa. I kiedy nie mam już ani jednego
płatka, stroję się w ciemną, satynową zieleń.
'Och, zrobiło się tak gorąco' - dobiegają mnie narzekania.
Więc pochylam się nisko, by człowiek znalazł wytchnienie w moim cieniu.
'Jak dobrze, że można odpocząć na tej ławeczce pod magnolią' - słyszę.
'Jak dobrze' - odpowiadam.
Nadchodzą letnie burze. Koncertujemy wtedy z kroplami deszczu. To dopiero muzyka!
Pewnego dnia ktoś wzdycha : 'Robi się coraz chłodniej'.
A ja bawiąc się promieniami zachodzącego słońca zrzucam liście i nucę :
'Pora rozbierać się do snu...' "
"Dziękuję ci księżniczko" - powiedział Paputek, kiedy spadający liść smagnął jego policzek.
Minął kępy ziół. Krzewy, które zaczęły tracić liście. Krzaki porzeczek i malin. Zauważył
oplecioną winogronem pergolę. Odwrócił się, bowiem poczuł słodki zapach.
"Zjedz mnie" - usłyszał niemal równocześnie z odgłosem spadającego na ziemię owocu.
"Jakie jest twoje imię?" - zaciekawił się
"Magda, Magi da, Magija gija da" - grusza śmiała się złociście
Paputek schylił się po gruszkę. Jej zapach był oszałamiający. Trzymał ją za ogonek i pozwalał
by kołysała się tuż przed jego nosem. Znudziło mu się to wkrótce i usiadł na niskiej ławeczce
pod wielkim drzewem... Drzewem!
Paputek zadrżał i zerwał się na równe nogi. Nie zdążył nawet pomyśleć 'o ja głupi', co w jego kategoriach byłoby w tym wypadku w pełni uzasadnione. To ten głos przywoływał go z głębi ogrodu! A on dał się zwieść słodkim opowieściom...
Spojrzał w górę. Na tle błękitnego nieba rysowały się srebrne gałęzie. Nieliczne, pożółkłe liście drżały na wietrze, jakby z obawy przed upadkiem na ziemię. Paputek pokłonił się. A potem
podszedł do Strażnika Ogrodu i objął go z miłością.
Ciocia Lola, która wyszła na balkon, by zawołać Paputka na śniadanie, patrzyła wzruszona
na tę scenę. I widziała jak cały ogród faluje od 'ochów' i 'achów' wszystkich jego mieszkańców.
( ... )
Dzisiaj mijał czwarty dzień pobytu Paputka w Rzeszowie. Plus trzy dni w Krakowie...
Czas tak szybko biegnie.
"Paputku" - zapytał Darek - "Ciocia Lola mówiła mi, że dużo wiesz o zwierzętach"
"Tak raczej średnio niż dużo" - określił Paputek swój stan wiedzy - "I nie o wszystkich. A co chciałbyś wiedzieć?"
Darek zastanowił się. Właściwie miał kilka pytań. Jednak najbardziej interesowało go :
"Dlaczego Wujek Zuni wybrał ważkę i jelenia na bransoletkę dla Cioci Loli?"
"Nie wiem dlaczego" - Paputek naprawdę nie wiedział. Po raz pierwszy zobaczył gotową
bransoletkę w chwili, gdy Ciocia Lola rozpakowała prezent. Wiedział wprawdzie o pomyśle,
o ważce i jeleniu, ale uważał to za oczywistei nie wchodził w szczegóły. Teraz zastanowił się.
"Naprawdę nie wiem dlaczego, Darku. Ale mogę opowiedzieć, co wiem o jeleniu i ważce
i wtedy sami będziecie wiedzieć.
"No to mów" - Darek nie mógł się doczekać paputkowej opowieści.
"Zacząć od ważki, czy od jelenia?" - zapytał Paputek
"Od ważki" - wtrąciła się do rozmowy Ciocia Lola.
"Moja wiedza o ważkach, jak zresztą o wszystkim, pochodzi z różnych zródeł. Z indiańskich opowieści, to wiadomo. Od Stevena, który był moim nauczycielem, to też. Poza tym własne koncepcje. Steven na przykład, lubił zabierać mnie w różne miejsca i tam prowadził wykłady. Najczęściej chodziliśmy do Muzeum Historii Naturalnej albo do Planetarium. Pretekstem do
wykładu mógł być zarówno wulkan, jak skamielina. Steven łatwo przechodził od jednej
dziedziny wiedzy do drugiej.
Gdybyście zapytali go na przykład o ważkę, zacząłby od prehistorii. Od paleontologii
przeszedłby do geologii. Następnie skupiłby się na biologii. Zatrzymał dłużej przy entomologii
a potem poprzez aerodynamikę i grawitację, mógłby poprzestać na Leonardzie da Vinci.
Ale to tylko jedna z opcji. Równie prawdopodobne byłoby, że pominąłby Leonarda i przeszedł
do budowy helikoptera. Od helikoptera do masowej produkcji broni, no i wtedy zaczęłoby się...
kto rządzi światem, korporacje i koncerny, wszelkie 'izmy', itede. Po czym kazałby mi iść
do domu, bo ciśnienie tak mu podskoczyło, że tylko wizyta w irlandzkiej piwiarni może
uratować mu życie."
Ciocia Lola uśmiechnęła się i powiedziała :
"Ale przyznaj Paputku, że Steven dał się lubić."
Paputek westchnął :
"O tak. Bardzo go lubiłem... Nie mieszka już w Albuquerque. Wyjechał do Kanady i tam
próbuje być szczęśliwy. No, ale wracając tematu... Z tego co wiem, ważki są najstarszymi
owadami na Ziemi. W dodatku poza rozmiarami, niewiele się zmieniły od 350 tysięcy lat.
Mimo, że polują głównie na mniejsze i większe owady, potrafią niekiedy zaatakować
siebie nawzajem. Większość życia spędzają w wodzie. Są bardzo szybkie. Nie są wcale takie
kruche i delikatne tak, jak wyglądają. Są naprawdę wyjątkowo wytrzymałe. To ludzi zastanawia
i fascynuje. Dla mnie jest oczywiste, że te skojarzenia i zastanowienia sprawiły, że właściwie
dla różnych, często odległych kultur ważka symbolizuje podobne wartości. Szczęście, dobrobyt, powodzenie, harmonię... Indianie uważają ją za symbol nieśmiertelności i odrodzenia poprzez zmianę. Z kolei świadoma zmiana jest możliwa przy koncentracji na teraźniejszości.
Bycie w teraźniejszości przynosi spokój i harmonię. To z kolei oprócz dobrego samopoczucia, pozwala głębiej wniknąć istotę życia. A to może być punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Jeżeli ktoś lubi oczywiście." - zastrzegł się Paputek
"A jak ty to widzisz?" - zapytał Darek
"Tak jak Indianie." - odpowiedział Paputek - "Obserwuję. Wnikam. Odczuwam. Interpretuję. Niekiedy zostawiam, dodając znak zapytania.
"Ciocia Lola westchnęła : "Ach, te pytajniki... Lubię je, chociaż czasami kręci się od nich
w głowie."
"Oj, kręci się. Ale jak uda się postawić je pod ścianą, od razu prostują się w wykrzykniki" -
dorzucił Darek.
"W całe tuziny wykrzykników!" - Paputek ozdobił swoje odkrycie wykrzyknikiem. Żeby było
'a propos'.
Zatrzymali się na skraju lasu. Porozdzielali między siebie przygotowane jedzenie i wodę.
Każdy miał nieść swoje. Darka mianowali przywódcą stada, co było oczywiste, bo w końcu to
on zaproponował tę wycieczkę. No i znał to miejsce.Paputek wygrzebał z plecaka kawałek
czerwonej tasiemki i zawiązał ją na przegubie darkowej dłoni.
"Musimy wiedzieć kto jest przewodnikiem. Jakby nas zakręciło, Darek podnosi rękę w górę
i woła 'Aloha! W szeregu zbiórka!'. Zgadzacie się?"
"A mamy coś do gadania?" - roześmiał się Darek.
Paputek podszedł do dużej tablicy informacyjnej. Tekst napisano w nieznanym mu jeszcze
języku. Za to na umieszczonychtam fotografiach rozpoznał bobra i... jelenia.
"To miejsce jest przygotowane dla tych, którzy chcą się czegoś konkretnego dowiedzieć.
Jak nazywa się jakaś roślina, drzewo czy ptak. Czy to, co widzą, to jest bobrza tama i co
się dzieje w kopcu mrówek. Stąd co jakiś czas pojawiają się tablice informacyjne i miejsca na odpoczynek. Nie ma jak zabłądzić.
"Chyba, że się bardzo chce. Mocarelka zabłądziła raz na plaży w Szorehamie." - wtrącił Paputek
"Kto to jest Mocarelka?" - zapytali jednocześnie Darek i Ciocia Lola (Ciocia Lola z wyraźnie większym zainteresowaniem)
"Wynajmuję od niej mieszkanie. I tyle. Naprawdę Ciociu Lolu" - uśmiechnął się do niej
i mrugnął do Darka - "Ale, to znaczy...
"Nie" - Darek odgadł pytanie - "Nie pójdziemy szlakiem dla wycieczek szkolnych. Idziemy
szlakiem jelenia."
"Tak właśnie myślałem" - uspokoił się Paputek.
Ciocia Lola pozostała zamyślona. Kochała las. Czuła się dobrze wśród drzew. Tylko ten jesienny czas tak ją nastrajał... O tej porze roku przyroda stroiła się jak na karnawał. Jak zawsze przed długimi, zimowymi miesiącami. Zieleń liści przekształcała się w zupełnie nowe kolory. Żółcie, pomarańcze, czerwienie i brązy. Alchemia...
Paputek podszedł do wysokiego buka. Położył rękę na sercu i popatrzył w górę na koronę drzewa.
"Witaj Strażniku! Pozdrawiamy cię i dziękujemy za zaproszenie. Przychodzimy z pokojem
w sercach i pozostawimy naszą wdzięczność i błogosławieństwo."
Ciocia Lola i Darek powitali las na swój sposób. I wyruszyli.
Każdy podążał swoją ścieżką. Niekiedy ich drogi łączyły się, niekiedy szli razem, by zaraz rozpierzchnąć się, każdy w swoją własną historię. Mijali jary, potoki, wodospady, leśne ostępy. Mieszkańcy lasu przyglądali się im z ukrycia, a czasem towarzyszyli, dając wyraźnie odczuć,
że są blisko. Zewsząd słychać było szepty, trzaski, nawoływania...
To spadła szyszka, to niewielka kałuża okazała się nieco większa i trzeba było zboczyć, by
mogło wydarzyć się coś nowego. Czas przestał mieć znaczenie. Po prostu szli. Otuleni ciepłem jesiennych liści. Nakarmieni pięknem natury. Podążali przed siebie, każdy w swoim rytmie.
Aż w końcu zmęczeni, głodni i szczęśliwi spotkali się przy Błędnym Kamieniu.
Następny fragment
w następną NIEDZIELĘ
1. 02. 2015
z a p r a s z a m
Saturday, 17 January 2015
'BLUEGRASS'. Fragment Dziewiąty.
'XXIV'
W jednopokojowym mieszkanku Gieni panował nieustanny bałagan.
"Przydałby się jeszcze jeden pokój" - westchnęła, mimo, że nie miała powodu do narzekań.
Odkąd mieszkała w Brajtonie była naprawdę szczęśliwa. Tu był jej dom.
To nic, że okna wychodziły na ruchliwą ulicę. Lubiła miejski ruch.
Zdarzało jej się, że pozostawała w domu przez cały dzień i projektowała swoje ubrania.
Niekiedy towarzyszyła jej muzyka. Częściej gwar ulicy, dobiegający przez półotwarte okno.
Gienia uwielbiała takie dni. Wymyślała i natychmiast szyła swoje kreacje.
Była świetną krawcową. Już jako dziecko szyła ubranka dla lalek i pluszaków. Gdy tylko
podrosła na tyle, by mieć własne zdanie, zaczęła sama wybierać co będzie nosić. Tyle,
że jej stroje, według otoczenia, nadawały sie na bal kostiumowy dla postrzeleńców.
Gienia wykonywała również skomplikowane nakrycia głowy. I naturalnie z przyjemnością
je nosiła. Nie wzbudzało to zachwytu w niewielkim miasteczku na północy Niemiec skąd
pochodziła.
Jako nastolatka, Gienia uchodziła za stukniętą. Nie było łatwo. Nie robiła nic złego. Nawet
nie obrażała nikogo. Ale swoim wyglądem naruszała naturalne środowisko prowincji, czym
nie zyskiwała sympatii. Gienia była zupełnie zdezorientowana i zaplątana, bo nie rozumiała,
o co właściwie chodzi. Nie spotkała ani jednej osoby, która by jej pomogła.
Jeżeli ktoś się do niej zbliżał, to po to, żeby ją wyśmiać. Nie chciała tak żyć. Przestała jeść,
ponieważ jednak nie umarła od tego, zaczęła jeść z powrotem. Warzywa i słodycze. I na tym poprzestała. Podeszła do tej sprawy, tak jak zresztą do wszystkiego, intuicyjnie.
W dniu swoich siedemnastych urodzin, upiła się polską wódką kupioną w supermarkecie.
Było to dla niej ekstremalne doświadczenie, którego nigdy więcej nie powtórzyła. Jedyną
dobrą stroną tego wydarzenia był potworny ból głowy i medytacyjny stan 'nie bycia',
przechodzący w długotrwały proces intensywnego odczuwania fizycznego ciała.
Darem otrzymanym w wyniku tej sytuacji, był głęboki i trwały wgląd w swoją boskość,
poprzez doświadczenie chwili obecnej.
Kiedy wstała z łóżka, wiedziała. Podeszła do lustra.
"Od tej chwili traktuję siebie jak drogocenny przedmiot" - powiedziała do swego odbicia.
"I gówno mnie obchodzi, co inni myślą na ten temat." - dodała zadowolona.
Przejrzała szafę i wybrała swój najbardziej wyśmiewany żyrafi kombinezon. Do tego buty
na koturnie. Paznokcie pomalowała odblaskowym lakierem. Rozpuściła włosy i nałożyła
na nie opaskę z żyrafimi różkami. Była szczęśliwa.
Po raz ostatni wybrała się na spacer po mieście swojej przeszłości. Mijała sklepy.
Zaglądnęła na pocztę, gdzie kupiła znaczek i widokówkę z ratuszem. Minęła szkołę,
do której usiłowała chodzić, ale nie bardzo jej to wychodziło. Przystanęła przy szkolnym
boisku i pomachała chłopakom, którzy na jej widok przestali grać i gapili się na nią
zaskoczeni. Naprawdę żegnała te miejsca z miłością. W końcu sama wybrała doświadczenie
życia tutaj. Oczywiście na tak długo, na ile było to konieczne. Czyli do chwili, kiedy
postanowiła to zmienić.
Mijając kawiarnię, zdecydowała się wejść i zamówić kawę.
Wybrała stolik pośrodku środku sali. Wcześniej nigdy by się na to nie odważyła. Teraz
czuła się jak królowa.
Podeszła do niej młoda kelnerka. Gienia uśmiechnęła się do niej naprawdę szczerze.
Kobieta odwzajemniła uśmiech. Nie udawała.
"Czym mogę służyć?" - zapytała
"Poproszę kawę. Nie wiem jaka jest najlepsza. Może mi pani coś poleci?" -
Gienia po raz pierwszy wdała się w rozmowę, bez obawy, że ktoś ją wyśmieje
"Ja zawsze proponuję cappucino. Bo sama najbardziej lubię. Ale mamy też..." -
nie zdążyła dokończyć, bo Gienia grzecznie weszła jej w słowo :
"O tak. Cappucino będzie najlepsze. Dziękuję."
Za oknem widoczne były z rzadka przejeżdżające samochody. Od czasu do czasu pojawiali się przechodnie. Było senne, wczesnojesienne popołudnie.
"Proszę bardzo" - na stoliku pojawiła się kawa - "Czy coś jeszcze?"
Gienia spojrzała na kawę. Na spienionym mleku widniało idealne, cynamonowe serduszko.
"Jakie piękne!" - zawołała Gienia nie kryjąc podziwu - "Dziękuję!"
"Proszę bardzo" - powiedziała kelnerka
Wewnątrz nie było zbyt wielu osób. Jakaś spokojna muzyka w tle. Kelnerka przecierała
i tak czyste stoliki. Po chwili podeszła do stolika Gieni.
"Smakuje?" - zapytała z uśmiechem
"O tak" - odpowiedziała Gienia - "Naprawdę doskonała"
Kelnerka z lekkim wahaniem zapytała : "Przepraszam, właściwie się nie znamy. Ale czy
mogę cię o coś zapytać?"
"Oczywiście" - Gienia po raz pierwszy nie odczuła zakłopotania.
"Dlaczego tak się ubrałaś? Czy to jakaś szczególna okazja?" - zapytała kobieta
Gienia zdziwiła się i teraz ona zadała pytanie : "Od jak dawna tu mieszkasz?"
"Od sześciu tygodni. Mam na imię Hanna i przyjechałam tu z moim chłopakiem. Za pół roku
mamy się pobrać i znalezliśmy tutaj niedrogi dom. Oboje lubimy ciche, spokojne miejsca" - wyjaśniła Gieni
"Rozumiem" - Gienia rzeczywiście rozumiała - "Zupełnie odwrotnie niż ja.
Ja bardzo nie lubię cichych, spokojnych miejsc. Jesteś pierwszą osobą w tym mieście,
która zadała mi takie pytanie. Po prostu pytasz 'dlaczego', bo chcesz wiedzieć.
Masz rację, takiego ubrania nie znajdziesz w najnowszym katalogu mody. Ani w najstarszym.
Więc musi być jakiś powód. Otóż jest. Ja uwielbiam tak właśnie się ubierać. Nie muszę tego uzasadniać. Ale tobie powiem, bo zwyczajnie mnie zapytałaś. Naprawdę nie wiem, skąd u mnie
ta fantazja. Nie zrezygnuję z niej, bo zbyt siebie cenię i szanuję. Nikomu nie robię krzywdy.
Nikogo nie obrażam. Wprowadzam trochę koloru i odmienności. I to wszystko."
"No tak" - Hanna popatrzyła na Gienię - "Dziękuję, że mnie nie zbyłaś. Tak jak ty nie potrafisz zrezygnować ze swoich
upodobań, ja nie potrafię zrezygnować z zadawania pytań. Kiedy byłam dzieckiem tępiono
u mnie tę cechę. Pewnego dnia zapytałam siebie 'dlaczego?' Czy robię coś złego? Zawsze ktoś
może mi odmówić. Powiedzić 'nie' i to wszystko."
"Hanno, miło było cię poznać" - powiedziała Gienia wstając od stolika - "Nie myślałam, że dzisiejszego dnia spotkam tak sympatyczną osobę. Pojutrze wyjeżdżam. Będę ciepło
wspominać ten dzień."
Hanna nie zrozumiała, co Gienia ma na myśli mówiąc 'wyjeżdżam' więc zaproponowała :
"Dobrej podróży! I wpadnij na kawę jak wrócisz."
Gienia podziękowała, wysłała jej całusa i wyszła.
'XXV'
Antoni uśmiechnął się do siebie. Zdarzało mu się nieraz doświadczać zjawiska
synchroniczności, ale tym razem był naprawdę zaskoczony. W jeden z poniedziałkowych
wieczorów siedział w kajucie i przeglądał mapę południowego wybrzeża Anglii. Wyspa Wight.
"Tak, to będzie dobre miejsce." - pomyślał głośno, planując następny przystanek.
Jeszcze kilka sierpniowych dni w Brighton. Potem kilka miejsc wzdłuż wybrzeża i pora
wracać do Arcachon. W tym roku wcześniej niż zazwyczaj.
Wstał, żeby zrobić sobie herbatę. Przy okazji włączył radio. Uśmiechnął się słysząc fragment piosenki. 'Angels on my radio...'
Antoni nucił refren kiwając głową w rytm muzyki. Gdy wybrzmiał ostatni takt usłyszał
znajome : "Welcome to Radio Reverb" i dalej :
"Naszym dzisiejszym gościem jest Antonia Redding...
"Słucham?" - zapytał głośno Antoni, ale prezenter nie powtórzył . Za to Antonia opowiadała
o swojej muzyce.
Następna piosenka - 'Write my Name'.
"Ta piosenka jest odzwierciedleniem mojego życia" - głos Antonii brzmiał szczerze
i zwyczajnie - "Pewnych zdarzeń nie sposób sobie wytłumaczyć. Pozostają zranienia.
Uzdrawianie traumy jest długim procesem. Każdego dnia, krok po kroku odbudowuję
swoje życie i znajduję powody, by żyć w zdrowiu i radości."
Antoniego zamurowało. Sam nigdy by tak tego nie nazwał, ale te słowa mogłyby być
jego własnymi, gdyby... dotarł do głębi swego smutku.
"To moja piosenka" - powiedział i zamyślił się. Bluegrass z południowej Anglii.
Tak to sobie nazwał.
"No nie. Przecież muszę się z nią spotkać. Jeszcze w tym tygodniu " - postanowił -
"Póki jestem w Brighton. Kto wie gdzie będę w przyszłym roku."
Roześmiał się, bo przyszło mu na myśl, że gdyby Gienia tu była, już dawno zadzwoniłaby
do radia i umówiła się na wywiad z Antonią. Antoni nie miał zamiaru przeprowadzać wywiadu. Chciał tylko spędzić miłe popołudnie ze swoją imienniczką.
..."Na werandzie opuszczonego domu, spotykamy się, by smakować herbatniki i rozmawiać
przy herbacie o dawno minionych dniach..."
Spotkać się na 'cup of tea'. Dowiedzieć czegoś o sobie...
Antoni wiedział, że wreszcie spotkał osobę, której może opowiedzieć o starym, dawno
porzuconym domu wśród drzew. O bólu, cierpieniu, niepogodzeniu oraz prawdziwym, uzdrawiającym spotkaniu z samym sobą.
Znalazł jej numer telefonu i zadzwonił. Nie odebrała, ale oddzwoniła następnego dnia.
Była mile zaskoczona i przystała na propozycję Antoniego.
Zasugerowała francuskie bistro w Rottingdean jako najdogodniejsze miejsce dla obojga.
"W połowie drogi" - wyjaśniła.
Antoni znał to miejsce. Odwiedził je jakiś czas temu i zdążył poznać Franka, właściciela
bistra. Było tu rzeczywiście trochę tak jak po drugiej stronie Kanału. Swobodna atmosfera
i dobre jedzenie. No i łatwo trafić, jak do każdego miejsca w Rottingdean.
Postawił rower przed wejściem.
Antonia postawiła rower bliżej chodnika. Popatrzyła na kwiaty w donicach i poobrywała
zeschnięte liście. Przez szybę zobaczyła Petera, który stał przy barze i rozmawiał z Frankiem. Ucieszyła się. Tym bardziej, że nie spodziewała się, że go dzisiaj spotka. Od wtorku myślała
o dziwnym zbiegu okoliczności, który sprawił, że oto za chwilę spotka się z mężczyzną
o tym samym co ona nazwisku i męskiej formie jej imienia. Zabawne.
Powinien już tu być o ile przyszedł punktualnie.
Weszła do środka. Kilka osób przy stolikach, pies leżący na podłodze i Frank z Peterem.
Kiedy stanęła w drzwiach panowie przerwali rozmowę i popatrzyli w jej stronę. I wtedy
oniemiała. To nie był Peter. Mężczyzna był do niego łudząco podobny.
Frank, który wiedział w czym rzecz i wiedział, że po jego słowach Antonia będzie jeszcze
bardziej zdziwiona, powiedział głośno :
"Antonia właśnie przyszła". I przedstawił ich sobie : "Antoni - Antonia".
Uśmiechając się patrzył na konsternację Antonii.
"Frank" - odezwała się na wstępie - "No powiedz sam, mam prawo być zaskoczona, prawda?"
Frank pospieszył z wyjaśnieniem :
"Antoni, nie mówiłem ci tego wcześniej, ale jesteś podobny do naszego przyjaciela Petera.
Antonia prawdopodobnie wzięła cię za niego i dopiero gdy odwróciłeś się do niej, zdała sobie
sprawę z pomyłki. Stąd to zaskoczenie."
Antoni przyglądnął się Antonii.
"Czyli zaskoczenia nie są nam obce." - powiedział - "Możesz wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy usłyszałem twoje nazwisko w radiu. W dodatku okazało się, że to o czym śpiewasz
jest mi takie znane."
Usiedli w kącie sali przy oknie. Początkowo rozmowa nie kleiła się. Antoni nie należał do gadatliwych a w sytuacjach, kiedy miał dużo do powiedzenia, trudno było mu sklecić sensowne zdania. W życiu pełnił zazwyczaj rolę słuchacza. W dodatku obawiał się, że Antonia zaraz sobie pójdzie pod byle jakim pretekstem.
"Pewnie ma małe dzieci i cały dom na głowie" - pomyślał.
Antonia miała nieco większe dzieci, męża, psa i kota ale nie na głowie tylko w domu. A teraz
miała czas dla Antoniego. Z przyjemnością popijała herbatę siedząc z nim w kącie sali
przy oknie, w restauracji swojego przyjaciela Franka. Poza tym lubiła ludzi i była naprawdę zainteresowana życiem Antoniego.
"Przyjechałam rowerem" - powiedziała wskazując za okno - "Zazwyczaj stawiam go przy
wejściu ale tym razem ktoś mnie uprzedził."
"Chyba ja" - przyznał się Antoni - "Nie wiedziałem, że to twoje miejsce."
"Dzisiaj nie dokonałam rezerwacji" - uspokoiła go Antonia i zapytała - "Jak długo jesteś
w Brighton?"
Antoni zastanowił się. Jak długo?
"Od maja" - powiedział - "Właściwie z przerwami... Płynąłem wzdłuż wybrzeża, zatrzymując
się w kolejnych portach po kilka dni. Do niektórych z nich zawijam ponownie, tak jak teraz do Brighton. Zimę spędzam na lądzie. We Francji. I tak sobie żyję, odkąd jestem emerytem."
"To znaczy, że nie sadzisz pomidorów i sałaty" - stwierdziła Antonia.
Antoni zamilkł.
"Kiedyś sadziłem" - wyznał po chwili. Antonia wyczuła, że dotknęła zbyt czułej struny. Ale
nie chciała zmieniać tematu. Może jest to czas na wspólne milczenie. Może na mówienie
i słuchanie. Nie jej o tym decydować.
"To, co mówiłaś w tej audycji. O życiu, o powracaniu do życia po traumie. Nie wiem jak to powiedzieć..."
Antoni zamilkł na kilka chwil, po czym dodał :
"Potrafiłaś to wyśpiewać, nadać formę, przekazać. Ja tego nie potrafię."
Antonia patrzyła na jego bezradny uśmiech i wiedziała o czym mówi.
"Minęło sporo czasu zanim to mogłam wyśpiewać" - przyznała - "Pewnego dnia budzisz się
i wiesz, że już nie potrzebujesz tarzać się w bólu i cierpieniu. Celem życia jest życie, więc
przeżyj je, korzystając z możliwości jakie ci daje."
"Tak" - przyznał Antoni - "Teraz to wiem. Tylko sporo czasu mi to zajęło."
Milczeli oboje.
"Gdybym wiedział o tym wcześniej tak jak teraz to wiem..." - zaczął
"O czym?" - zapytała Antonia
"Że można kochać siebie tak, jak ukochaną osobę, psa czy miejsce... Doceniać siebie.
Cieszyć tym, co się robi..."
"To co?" - Antonia chciała wydobyć to z niego.
"Nie byłoby tego całego obrażania się na siebie i świat. Niektórzy twierdzą, że wszystko
dzieje się po coś... Ale i tak uważam, że to trochę za długo trwało" - dodał pewny swego.
"A skąd to wiesz?" - zapytała Antonia. Popatrzyli na siebie i zaczęli się śmiać się
sami z siebie.
kolejny odcinek w NIEDZIELĘ
25 stycznia 2015
z a p r a s z a m
Subscribe to:
Posts (Atom)