Translate

Sunday, 14 December 2014

'BLUEGRASS'. Fragment Drugi.


'III'  
     Wujek Zuni  jak zwykle wszystko przewidział i tuż przed terminalem otworzył drzwi wypożyczonego  pontiaka. Nie miał wprawdzie prawa jazdy, ale nie przekraczał dozwolonej prędkości, w związku z czym, nie przewidywał ewentualnej kontroli drogowej.
Wjechali do miasta. Paputkowi kleiły się oczy ze zmęczenia. Przez półotwarte okno
samochodu obserwował mieszające się kolory piasku, palonej cegły i papryczek chili.
Było to zupełnie odmienne od Wyspy, z której tu przybył.
Patrzył, porównywał, notował w pamięci. Analizował i przetwarzał. Jednym słowem
mocno główkował. Czemu tak a nie tak. Bo gdyby tak, to nie byłoby tak. I tak w kółko.
Lecz nagle w paputkowym sercu zrobiło się cieplej. Barwy otuliły jego drobne ciało
i przeniknęły do wnętrza. Paputek poczuł. Przestał myśleć. Oddychał  tym co widział.
Stawał  się smakiem, zapachem, muzyką tego miejsca.
Nie przeszkadzał mu już piasek, który z pędem powietrza przenikał do środka.
Miał wrażenie, ze Wujek Zuni zatrzymał samochód, ale kątem oka dostrzegł, że
wskazówka szybkościomierza znacznie przekracza 100. Dostrzegł  też, że dawno
minęli miasto. Dookoła rozpościerał się półpustynny krajobraz.
Wszystko było takie samo. Spękana ziemia, przez której wyschniętą skorupę nie
przeniknie ani kropla deszczu. (Paputek modlił się w duchu, żeby nie zaczęło padać,
bo pontiak nie był amfibią). Rośliny, które żyły tak, jakby były martwe. Nieruchome,
bez wymagań, idealnie przystosowane do sytuacji.
"Tak samo jak ludzie" - pomyślał Paputek i zrobiło mu się bardzo, bardzo smutno.
I powietrze. Nieruchome, gorące, ciężkie.
Z zamyślenia wyrwała Paputka muzyka. Wujek podkręcił radio, zagłuszane dotąd
hałasem silnika. Paputek ożywił się i zaczął wyklaskiwać rytm, wtórując rzewnemu ukulele.
"Podoba ci się?" - Wujek Zuni uśmiechnął się do Paputka - "To chłopaki z Santa Fe.
Nazywają się Beirut".
"Arabowie czy Indianie?" - dla Paputka wyraźnie miało to jakieś znaczenie.
"Arabowie?" - Wujek Zuni zdziwił się - "Skąd ci to przyszło do głowy?"
Paputek zawstydził się.
"Chyba palnąłem coś politycznie niepoprawnego" - pomyślał.
Ale z pewnością siebie wyjaśnił :
"Bo jeżeli jesteśmy w Nowym Meksyku, a chłopaki są miejscowe i nazywają się Beirut,
to muszą  to być  albo Indianie, albo Arabowie. No bo Beirut leży w Zatoce. A Indianie
żyją w Ameryce."
Wujek Zuni uśmiechnął się nieznacznie :
"Najlepiej będzie, jeśli zapytamy chłopaków".
"Masz rację Wujku Zuni, wiedzę należy czerpać ze źródła" - zgodził się Paputek.


(...)  
Wujek Zuni bardzo kochał Paputka. Rozstali się, kiedy Paputek zatęsknił za przygodą.
Całe Pueblo wiedziało o tym, odkąd Paputek pojawił się w wiosce. To Wujek Zuni
znalazł go w polu kukurydzy. Był chłodny dzień. Tej nocy miano świętować Noc
Szczęśliwej Gwiazdy.  Była to najdłuższa noc w roku, kiedy to wszyscy odzyskiwali
pamięć starożytnego języka zuni. Śpiewali, rozmawiali, tworzyli poematy. Przypominali
sobie dawne historie o swoim gwiezdnym pochodzeniu. Istniała stara prawda, że tej nocy
można znaleźć Gwiezdne Dziecko. Może je znaleźć tylko ten Zuni, który nie zna
ludzkiego lęku o przetrwanie. Taki lęk mógłby zatruć Dziecko i na długi czas zamknąć
możliwość przybycia kolejnych. To byłoby najgorsze i Zuni nawet nie biorą pod uwagę
takiej możliwości. Dlatego, co jakiś czas, kontaktują się z Lękiem i dziękują mu, że
pozwolił się zauważyć. Rozmawiają z nim, zadając mnóstwo pytań. Lęk odpowiada na
wszystkie ponieważ wie, że dla ludzi jest sługą, który wydobywa informacje z ich wnętrza.
Taka trochę brudna robota.
"Papranina” - jak to określa Paputek.
Ale Wujek Zuni  jest innego zdania :
"To jedna z bardziej  przyjaznych Energii. Bardzo ziemska i gruntująca. Jest jak gniazdko elektryczne. Należy włożyć wtyczkę a nie gwoździa. I wtedy ci służy. Czerpiesz prąd i
zasilasz różne urządzenia. I nie mówisz, że to jest złe. Trzeba tylko znać zasady.
To wszystko."
Paputek często rozmyślał o zasadach. Zwłaszcza o tych ukrytych.

"Jedziemy do Acoma” - głos Wujka Zuni otrząsnął  Paputka z zamyślenia -
"Ciocia Rita przygotowała dla ciebie coś  dobrego."   
Właśnie  wjechali w kaktusowy krajobraz. Paputka zdziwiła wysokość tych roślin.
"To kaktusy kandelabrowe” - wyjaśnił Wujek Zuni, a Paputek pomyślał, że Gienia
byłaby wniebowzięta widząc te cuda przyrody. Gienia… co też teraz robi?


 'IV'                                                                                                                                      
 Gienia przystanęła przed budynkiem Muzeum Historii Naturalnej.
Uważnie sprawdziła godziny otwarcia i ceny biletów. O, jak to miło, że dzisiaj jest sobota,
wejście za free. Gienia nie była skąpa, ale też daleko jej było do rozrzutności.
"Mam szczęście" - pomyślała z zadowoleniem, mimo, że zdążyła się zorientować, że do
Muzeum wstęp wolny jest każdego dnia.
"No to co, dla mnie otwarte jest właśnie teraz." - powiedziała do siebie
"Teraz jest przerwa . Otwierają o 14 tej" - usłyszała. Informacja pochodziła od stojącego
obok mężczyzny. Miał ze sobą niewielki plecak i rower.
"Czy wiesz coś może na temat 'booth'?" - zapytał.
To słowo należało do całej nazwy i poprzedzało informację, że jest to Muzeum Historii
Naturalnej. Gienia była przekonana, że jest to słowo 'boat' i wyjaśniła grzecznie, że jest to
Muzeum Łodzi Związanych w Sposób Naturalny z Historią.
"Skąd jesteś?”- zapytał posiadacz plecaka i roweru.
"Mieszkam tu, niedaleko plaży" - odparła Gienia -  "A ty gdzie mieszkasz?"
"Też niedaleko. Moim domem jest łódka. Przycumowałem na marinie, poskręcałem rower
i zwiedzam okolicę. Więc twierdzisz, że jest to muzeum 'booth'... Co znaczy to słowo?"
Gienia postanowiła wytłumaczyć jak najprościej :  "Łódka. Jeżeli mieszkałbyś we Francji
i chciał dostać się do Anglii drogą morską, to przemieszczasz się tym czymś. Łódką."
Gienia wyjęła notes i narysowała trapez, a nad nim trójkąt.
'Łódka', 'booth', powiedziała, podając mężczyźnie notes. Ten popatrzył na rysunek, sięgnął
po długopis i narysował piękny jednomasztowiec który, jak się wydawało Gieni, zaraz
wypłynie na niebo pełne obłoków.
" 'Łódka', 'boat' -  powiedział -  A  Booth, to nazwisko i chciałem cię zapytać, czy wiesz
coś na temat tej osoby."
Oj, zarumieniła się Gienia mocno w swym wnętrzu, z powodu swojej niewiedzy. Ale
uśmiechnęła się szeroko i zatrzepotała rzęsami.
"Och, zapomniałam okularów, a z tej odległości niedokładnie widzę. No, oczywiście Booth.
Uczony, który zajmował się historią naturalną. Słynna postać" -  Gienia była dumna, że tak inteligentnie wybrnęła z sytuacji.
"Tak się domyślałem" - podsumował rozmowę właściciel łodzi i uśmiechnął się do Gieni.
Gienia poczuła do niego sympatię, mimo, że postawił ją w troszkę niekomfortowej sytuacji.
Ale już mu to wybaczyła.
"Nazywam się Żyrafka Gienia. A jakie jest twoje imię?”
"Antoni" - krótko odpowiedział Antoni, ale szybko dodał - "Miło mi cię poznać.
Jak się miewasz?”
"Dziękuję, nad wyraz dobrze" -  Gienia znała się na kurtuazji - "A ty?"
"Całkiem nieźle. Piękny dzień mamy dzisiaj, czyż nie?" - Antoni starał się dorównać Gieni. 
"Och, naprawdę piękny i taki słoneczny". Gienia chciała kontynuować tak obiecująco
rozwijającą się rozmowę, ale czuła, że po długim spacerze i staniu przed muzeum, bardzo
bolą ją nogi,  zaproponowała więc :
"Po przeciwnej stronie ulicy jest park. Widzisz? Za tym żywopłotem. A ten budynek to
Parkowa Cafe. Jeżeli masz czas, możemy tam pójść na filiżankę herbaty” - zaproponowała.
"Z przyjemnością" - Antoni  przystał na tę propozycję - "Porozmawiamy o łódkach” -  dodał.
Gienia przytaknęła, ale  wiedziała, że temat rozmowy będzie zależał od niej.  I będzie to
oczywiście wywiad rzeka o morzu, życiu, śmierci i ogólnie ludzkim losie.

Usiedli na zewnątrz. Gienia zamówiła deser lodowy.  Antoni poprzestał na wodzie i kawie.
Ponieważ Gienia delektowała się  deserem, nie zwracając uwagi na otaczający świat, 
Antoni zwolniony z obowiązku rozmowy, zapatrzył się przed siebie.

W oddali, linia horyzontu odcinała morze od nieba. W letnim słońcu te dwa błękity różniły
się jedynie odcieniami. Nieco bliżej, dachy nadmorskich budynków, tworzyły pas, a jeszcze
bliżej, kolejny pas, tym razem zieleni, zbliżał się do wyraźnej granicy parku. Plama rozległego trawnika, tworzyła tło dla kwitnących krzewów.
A potem już tylko cisowy żywopłot, okalający ogród kwiatowy.
I sam ogród - róże, irysy, krwawniki, kopry, pszczoły, motyle i trzmiele.
Zapach roślin tworzył  coraz to nowe kompozycje, w zależności od powiewu wiatru.
Rozgrzana słońcem dziewanna i nagietek schłodzony miętą i koprem.
Delikatna słodycz róż i przybyłego gdzieś z głębi parku jaśminu. I zapach kawy.
Antoni uśmiechnął się do siebie. Kochał morze. Jego domem była łódź. Ale kiedy patrzył
na drzewa, na rośliny... Kiedy widział ile troski i czasu potrzebują, żeby odwdzięczyć się
swoim pięknem, zaczynał tęsknić za domem postawionym na solidnym gruncie.
Za kawałkiem ziemi, gdzie rosło by przynajmniej jedno drzewo, parę krzaków porzeczek
a między nimi trochę warzyw. To nie było marzenie, ani tęsknota za…To była pamięć
krótkich czterech, najlepszych lat w jego życiu.
I tak naprawdę nie znał nazw tych roślin. Za to bezbłędnie rozpoznawał każdą z nich po
zapachu. To była rekompensata natury za to, że z kolorów  rozróżniał  jedynie błękit. Jego niezliczone odcienie i nasycenia. Od turkusu po głębokie indygo przechodzące w fiolet.
Każdy niuans mógłby mieć swoją nazwę. Ale Antoni oszczędnie używał   nazw. Tyle, ile potrzebował do jasnego przekazywania komunikatów.
Na własny użytek, z  czego długo nie zdawał sobie sprawy, używał  liczb.
Więc  jego postrzeganie błękitu, miało rozpiętość od -124 do +182.
Oczywiście nikomu o tym nie mówił. Doskonale wiedział,  że róże są czerwone a sałata
i liście na drzewach, zielone. Pomarańcze pomarańczowe. Buty brązowe. I tego samego
koloru pasta do butów. Jego ubrania w wypłowiałej bieli,
a koszule zazwyczaj niebieskie.

Gienia skończyła swój deser zanim zdążył stopnieć. Słońce mocniej operowało, więc
zaproponowała zmianę miejsca na bardziej  zacienione.  Usiedli na najbliższej ławce.
Na oparciu umieszczone  były dwie metalowe tabliczki, z wygrawerowanymi nazwiskami.
Antoni przeczytał : 
'J.B. Williams / Carpe Diem' a na drugiej : 'Sybil Williams / Nil Desperandum'.
Między nazwiskiem a mottem zamieszczono daty ich pobytu na Ziemi.

Antoni zamyślił się. Sybil odeszła w roku jego pierwszego przypłynięcia na Wyspę.
Przypłynięcia jego własną łodzią, bo wcześniej bywał tu już kilkakrotnie. Z ich spotkania
nic nie wyszło, ponieważ Sybil zdecydowała, że załatwiła wszystkie  sprawy, które były
do załatwienia i umarła.                     
Usiedli więc na tej właśnie ławce, w cieniu rozłożystej brzozy.  Antoni zagadnął do Gieni :
"Ładnie tu." I zapragnął opowiedzieć Gieni, dlaczego tu przypłynął. Ponieważ jednak nie
zwykł dzielić swych przeżyć z innymi, milczał.  Gienia też milczała, bo ptaki i owady
dawały właśnie  darmowy koncert. Gienia szanując i podziwiając artystów, uważnie
słuchała, co w danej  chwili mają jej do przekazania.
Siedzieli tak więc, zadowoleni z przypadkowego spotkania.
"Przy następnej okazji zaproszę cię do swojego domu" - zaproponował nieoczekiwanie
dla samego siebie Antoni. Nigdy nikogo nie zapraszał. Cenił prywatność, zwłaszcza odkąd zamieszkał na łodzi. A tu nagle wyskoczył z czymś  takim. Przestraszył się i miał nadzieję,
że Gienia odmówi. A Gienia wprawdzie zaniemówiła z wrażenia, ale po chwili zapytała :  "Naprawdę?”
"Oczywiście" - odparł Antoni z nadzieją, że Gienia będzie miała ciekawsze rzeczy do roboty.
"Jeżeli znajdziesz się którejś soboty na marinie, zauważysz moją łódkę. Jest niebieska, przycumowana po prawej stronie   przystani.  W soboty zazwyczaj czyszczę pokład, więc
jak mnie zawołasz, powinienem usłyszeć.
Będziesz miłym gościem" -  dodał.
"I jedynym, jak do tej pory" - pomyślał.
I pomyślał też. że miło będzie gościć u siebie Żyrafkę Gienię

Po powrocie do domu, Gienia  włączyła choinkowe lampki wokół lustra. Spojrzała na
siebie i zaśpiewała : "Aloha, Aloha…" Podlała kwiaty w doniczkach, nie zwracając uwagi,
że nie przywróci im to życia. Tym razem nie przejrzała gazet ani nie włączyła komputera.
Usiadła w fotelu i pomyślała o Sybil. Tyle razy myślała o niej siadając na tamtej ławce.
Myślała o niej jak o damie z czasów wiktoriańskich. Ale myślała tak tylko „for fun”.
To, że Sybil była damą, jest oczywiste. Tylko, że dama w powojennej rzeczywistości
spełniała zupełnie inne standardy.
"Ach" - pomyślała Gienia - "Gdyby tak przeprowadzić z nią wywiad… W ciągu jej życia
tyle się wydarzyło… I nie zawsze było wesoło. Więc,  jaka była, skoro 'Nil Desperandum'
widniało przy jej nazwisku? Gienia dałaby głowę, że Antoni wie coś na ten temat. No,
może głowy szkoda by było. Jednak przekonanie, że coś wie, nie opuszczało Gieni,
zwłaszcza, że dałaby głowę po raz drugi, że Antoni,  patrząc na tabliczkę powiedział
głośno  'Hello Lady Captain'.
Gienia westchnęła : "Od tych ptasich koncertów miesza mi się w głowie. A może od słońca?
Sama już nie wiem…" I włączyła radio. Usłyszała stary przebój 'Ill never smile again'.
To ją zupełnie rozleniwiło. Rozsiadła się w fotelu. Szkoda, że nie ma Paputka. Poprosiłaby
go o gorącą czekoladę.
Paputek… Antoni… Sybil… Myślała o nich słuchając Anne Shelton. Czy Sybil...?
"Nie, nie, za dużo tego myślenia. Sybil nie żyje, więc wywiadu nie będzie" - powiedziała
do siebie - "I przestań proszę fantazjować."
No, ale to nie fantazja tylko ciekawość. Czy Sybil lubiła Anne Shelton? To bardzo
realistyczne pytanie. I rozsądne. Bo gdyby Gienia znała odpowiedź, to mogłaby wyobrazić
sobie…
"Gieniu, przestań, żadnego bajkopisarstwa  proszę" -  to były częste słowa Paputka i
teraz Gienia skierowała je do siebie z całą stanowczością. Jeżeli chce być profesjonalistką,
to żadnego stulania. Rzeczowość, konkrety, inteligentne pytania.
No, ale pytanie o Anne Shelton byłoby bardzo inteligentne. Gienia już widziała rozmarzony
wzrok Sybil i słyszała zwierzenia na temat jej młodości. Lat sielskich, anielskich w pięknej,
starej Anglii, gdzie wszystko było jak zawsze. Wojny gdzieś za morzem, podobnie jak
upały i mrozy. Sybil opowiedziałaby o żenskiej szkole z internatem, wakacjach w Szkocji,
pierwszej miłości. I zamiłowaniu do sportu. Może lotnictwo?
Gienia jak zwykle nie wiedziała, skąd jej to przyszło do głowy, ale pasowało do całości.
Tylko (zmarszczyła czoło, bo to jej nie pasowało), dlaczego Antoni powiedział :
'Hello Lady Captain'?
Gienia jest przekonana, że Sybil nie lubiła wody, chociaż, może nawet nieźle pływała,
ale tylko dla zasady.
"Antoni nic nie wie. A tak w ogóle, to wydawało mi się, że tak powiedział.  Ptaki  głośno koncertowały, więc nie mogłam niczego usłyszeć" - zakończyła temat.


                                                           Koniec fragmentu drugiego

                                Kolejny fragment w następną NIEDZIELĘ  21 grudnia  2014
                                                                     z a p r a s z a m


Co kwitnie w grudniu?


Niedziela. Pora na 'zachwyty przyrodnicze', zwłaszcza, że pogoda
temu służy. Więc jak wygląda tutejsza zima?



W rozmowach o pogodzie, które są tak jak wszędzie miłym,
niezobowiązującym wymienianiem pozorów zainteresowania
rozmówcą, pojawiają się niekiedy dygresje typu : kiedyś było inaczej,
albo klimat się zmienia. Ponieważ moje rozmowy w językach obcych
są miłe ale bardzo powierzchowne (z przyczyn obiektywnych:)
i często nie rozwijają się tak jakbym sobie tego życzyła, nie słyszałam nigdy
o zagrożeniach ze strony wulkanów czy cyklonów.
Anglikom wystarczy powiedzieć, że pogoda jest okropna i już są zadowoleni,
że jest powód do narzekania. 'Horrible weather' jest właściwie co drugi dzień.
Ponieważ czy to lato czy zima, zawsze jest albo trochę za zimno, albo
zbyt deszczowo.
Wiedzą jednak, że istnieje gdzieś  prawdziwa zima. Na przykład w Rosji.
Ja, nie chcąc wypaść gorzej i mając się czym pochwalić zaraz uzupełniam,
że w Polsce również mamy zimę, a nawet występują u nas mrozy i śniegi.
Muszę przyznać, że zazwyczaj robi to wrażenie :)



Wracając na Wyspę.
Roślinność tutejsza nieustannie cieszy moje oczy.
Stare drzewa, naprawdę ogromne, późną jesienią tracą liście. Świat staje się
przez to bardziej przyziemny. Niebo jest bliżej, przestrzeń jakby się zamyka.




Trafiają się jeszcze jakieś pojedyncze kwiaty, za to krzewy zielenieją, niekiedy owocują,
a zdarza się, że kwitną. Również trawa pozostaje świeża i zielona.
W tym wszystkim słychać ptasią krzątaninę i rozmowy.
Dla mnie raj.



Podziwiam, fotografuję kilka razy to samo, 'bo takie ładne',
i zachwycam się nieustannie.
I od dzisiaj dzielę się moimi "Zachwytami Przyrodniczymi"
na blogu.


Byłabym zapomniała.  
NIEDZIELA.
ZAPRASZAM  na drugi fragment mojej książki  'BLUEGRASS'
Enjoy!

Saturday, 13 December 2014

Dog Cafe na George Street w HOVE


Miałam rację. Piękny, słoneczny dzień. Nie wiem jaka temperatura
(w łikendy nie przechodzę obok termometra) ale odczuwalnie potrzebne
są rękawiczki a może nawet czapka przydała by się.

Od dzisiejszej soboty nie pozwalam sobie na dłuższe spanie. Powodem jest
mój pęd ku wiedzy, czyli sobotnie lekcje angielskiego w Hove.


Szkoła nazywa się ISE English Language School, i znajduje się niedaleko
Town Hall Hove, czyli ratusza w Hove.


Łatwo trafić ponieważ parter budynku na rogu Drive Road i Church Road
zajmuje Cafe Nero, bardzo popularna sieciówka serwująca kawę, herbatę
i przegryzkę, czynna od 7-mej rano do 6:30 popołudniu.

Dwugodzinne zajęcia zaczynają się o 10-tej. Dzisiaj była nas trójka uczniów,
siódemka nauczycieli (z tego troje kolejno prowadziło zajęcia) i pani
metodyczka, obserwująca pracę przyszłych nauczycieli.
Bo to oni są oceniani. My jesteśmy ich "królikami doświadczalnymi", za co
jesteśmy wdzięczni i co południowi Europejczycy wyrażają brawami
dla każdego prowadzącego lekcję. W połowie zajęć dołączyli spóźnialscy
i staliśmy się liczną jak na sobotni poranek, siedmioosobową ekipą.

Wracając, zahaczyłam o big Tesco, i przeszłam moją ulubioną George Street.
Kocham to miejsce. Zwłaszcza w sobotę. Ta uliczka wyłączona jest z ruchu
samochodowego, przez co staje się deptakiem. Wszystkie kafejki niezależnie
od pogody mają wystawione na zewnątrz stoliki. Chętnych do picia kawy
na świeżym powietrzu, nawet w grudniowy dzień, nie brakuje (trochę to dla
mnie trudne do zrozumienia ale co kraj to obyczaj).

Obyczajem też, jest wchodzenie do wewnątrz w towarzystwie psów.
Dotyczy to różnych miejsc. No, może z wyjątkiem niektórych restauracji,
ale zawsze informuje o tym wywieszka na zewnątrz. Normą jest, że można.
Dlatego zdarza się, że pies spędza czas ze swoim panem w jego miejscu pracy.
Na przykład w salonie fryzjerskim lub biurze nieruchomości.

Odnoszę wrażenie, że wychowaniu psów Anglicy poświęcają więcej pasji
i zaangażowania niż w przypadku dzieci. Na ulicy widać, że istnieje tu coś,
co ja nazywam "angielską szkołą wychowania psów".
Każdy pies, potrafi spokojnie czekać przy przejściu na drugą stronę ulicy.
Napotkawszy psiego kolegę lub koleżankę, zazwyczaj okazuje angielską
grzeczność (czyli potwierdza się zasada, że na zachowanie ma wpływ
środowisko a nie geny).


Psy z wdziękiem noszą wdzianka. Mają ich wiele na różne pogodowe
okoliczności. Są to więc dziergane bezrękawniki, ortaliony przeciwdeszczowe
niekiedy ocieplane od wewnątrz, oraz kardigany (sweterki zapinane z przodu).
Oprócz tego, bywają kokardki, bandanki, obróżki biżuteryjnie zdobione,
obróżki ze światełkami, żeby właściciel nie martwił się, że pies się gdzieś
zawieruszy. I różne różności.
Wszystkie psy potrafią aportować, głównie niewielką piłkę, do której rzucania
służy ręcznie obsługiwane urządzonko. Nie wiem jak to opisać a nie mam
zdjęcia. Ale jest bardzo pomysłowe i proste.


Psy z psią lojalnością nie protestują kiedy ich ubiór zależy od niczym nie
ograniczonej fantazji ich opiekuna. Naprawdę niczym nieograniczonej.
Wiedzą o tym właściciele sklepów z akcesoriami dla zwierzaków bo wychodzą
naprzeciw oczekiwaniom klientów. Nieraz nawet te oczekiwania uprzedzając.


Ale oto nowy sklep. Sklep? Nie, to kolejna kafejka. O, jak dobrze, bo pora
na filiżankę kawy.



                                                           A oto to ujrzałam we wnętrzu.



           Kawa bardzo dobra w stosownym kubku.


                                                               Towarzystwo również.
Gorąco polecam.
www.chubby-chops.com
www.facebook.com/chubbychopsbrighton

POGODA w Brighton (December - drugi tydzień grudnia)


O   POGODZIE   w Brighton w drugim tygodniu grudnia  (od 8.12 do 13.12.2014)


Po słonecznej, ciepłej (12'C) niedzieli, nieco chłodniejszy PONIEDZIAŁEK


W ciągu dnia 9'C, późnym wieczorem 6'C,
plus powiewy zimnego wiatru. Czapka i rękawiczki wskazane.
A kto o tym zapomniał, musiał wystarczyć kaptur i rękawy swetra.
Chociaż, jak to w Brajtonie, zdarzali się osobnicy, których temperatura
nie dotyczyła. Rozgrzani wewnętrznym żarem wystawiali nieosłonięte
kolana na działanie wiatru.


WTOREK  rano 5'C i bardzo zimno. Odczuwalny mróz, i chyba
jest coś na rzeczy, bo trawniki mocno przybielone.
Za to słonecznie. I wiatr ustał. Koło południa informacja ta już
nieaktualna. Lekki wiatr. Coś się zmieni?
Około 15-tej ciemno. Z powodu mocnego zachmurzenia.
Kiedy zacznie padać?
Około 18-tej gęsta mżawka i ciepły wiatr. Po 20-tej
mocniejszy wiatr i na nadal może trochę mocniej mżawkowato.
Późnym wieczorem wieje już całkiem mocno.

ŚRODA  około 10'C. Lekki wiatr 'od morza' czyli miękki,
raczej ciepły.


CZWARTEK   od 9'C do 11'C. Odczuwalnie różnie.
Słonecznie. Trochę wieje. Popołudniu mocniej.
A w nocy bardzo mocniej. Z deszczem. Wicher postrącał
ostatnie liście z drzew. Oczywiście są gatunki, które się
nie dają. Ale klony, brzozy, leszczyny (ciekawa odmiana
w formie drzewa), miłorzęby, jesiony i owocowe,
prawie zupełnie golutkie. No, może z jednym listkiem
(nie figowym).

PIĄTEK.  Żeby nie używać zbyt mocnych słów, bardzo,
bardzo niefajnie. Tak, że lepiej przemieszczać się autobusem
niż być narażonym na sponiewieranie przez bardzo
porywisty wiatr z deszczem.
Rano i wieczorem 11'C, w ciągu dnia (czyli koło południa
kiedy jest jasno, 12'C.
Niebo bezbarwne i gęste od bezbarwności, mimo, że rano
już się wypadało.


SOBOTA.   Nie ma wprawdzie słońca, ale są ładne chmury,
które będą się przemieszczać w ciągu dnia.
Koniec więc z jednolitą, bezbarwną i beznadziejną
(tzn. nadziejną na deszcz:) szarością.
A jak zapowiada się niedziela?
Pokuszę się o prognozowanie, że będzie słoneczna.



Thursday, 11 December 2014

Churchill Square w BRIGHTON


CHURCHILL SQUARE.  To miejsce nie podobało mi się od pierwszego wejrzenia.
Takie jakieś...


Z czasem zauważyłam, że jest to jeden z głównych punktów orientacyjnych
w Brighton.
Tutaj też, znajduje się główny węzeł komunikacyjny autobusów miejskich.




Ten plac, w miejscu gdzie kończy się prowadząca z Hove ulica WESTERN
ROAD ma inna nazwę. Nikt jej nie pamięta, bowiem przystanek znajduje się
przy CHURCHILL SQUARE. Tu mieści się centrum handlowe (w Polsce zwane
nie wiedzieć czemu galerią) czyli Churchill Square Shopping Centre.


Przed budynkiem Centrum niewielki placyk, na którym w każdą środę
w krytych dachami straganach można kupić niekomercyjne towary.
Domki wyglądają na import z Zakopanego.
Drewniane, dekoracyjne, poustawiane w bliskim sobie sąsiedztwie,
tworzą kiermaszowe mini miasteczko.
Można tu kupić świeże ryby, bawarską kiełbasę, sery, pieczywo i ciasta.
Również wyroby rękodzielnicze i kosmetyki naturalne.



Rolnicy z okolicznych miejscowości proponują świeże warzywa i owoce.
Jest w czym wybierać.

Pozostawiając za sobą Hove, możemy skręcić w prawo, czyli w kierunku
południowym i po około pięciu minutach (o ile nic nas po drodze nie zatrzyma)
znaleźć się na plaży.

Jeżeli nie zdecydujemy się na tę opcję, możemy skręcić w pierwszą w lewo
w kierunku północnym. Od razu poczujemy, że idziemy pod górkę.
Taki jest początek DYKE ROAD. Po minucie, może dwóch po lewej


zaskoczy nas nieco nietypowy budynej jednej z licznych szkół językowych.
Po prawej, na widocznym wzniesieniu St. NICOLAS Church.

Możemy też wybrać drogę na wschód. Po minucie znajdziemy się przy
TOWER CLOCK.
Zazwyczaj nie jest tak przybrany. Niecodzienny wygląd zawdzięcza działalności
artystycznej związanej z brajtonowskim wiosennym festiwalem.


I znowu sztuka wyboru, czy też wybór związany z priorytetami.


Na lewo (północ) prosto do BRIGHTON STATION.

Lub, na wspomniany wcześniej wschód, w kierunku ulicy NORTH STREET.

Wkrótce opowiem o każdej z tych ulic z osobna.


Tuesday, 9 December 2014

ICE RINK przy Royal Pavilion w Brighton



Jeżeli zima to wiadomo, zimno, ciemno, mroźnie a nawet śnieżnie.
Nie dotyczy to Brajtonu.


Zimno owszem. Niekiedy odczuwalnie mizia po uszach.
Ale mówienie o ciemnościach byłoby lekką przesadą,
a o śniegu - fantazjowaniem.
Chociaż...
Brajtończycy nie dają się zaskoczyć. Już od października
w supermarketach wyeksponowane są łopaty do odśnieżania,
sól do posypywania oblodzeń i odmrażacze. Tak na wszelki wypadek.

Wszelki wypadek przytrafia tu się raz na kilka dobrych lat.
Rok temu w grudniu miało miejsce takie zdarzenie.
Zawiało, zaśnieżyło, zdezorganizowało życie. Może niezupełnie
w samym Brajtonie, ale w okolicy. Nie można było dojechać
ani wyjechać z miasta, zwłaszcza z miejscowości położonych
bliżej morza, bo tam wiało, (a tym samym zawiewało na drogę
mokry śnieg) najmocniej.
To zmieszanie trwało całe dwa dni, po czym równie szybko
znikło jak się pojawiło.

Pozostały fotografie.

Nie ma nart i sanek, ale są łyżwy.
Rokrocznie od połowy listopada prze dwa miesiące przy
Royal Pavilion czynne jest lodowisko.

Oto jak wygląda


Sunday, 7 December 2014

'BLUEGRASS'. Fragment Pierwszy.


(...)
Żyrafka Gienia urodziła się pod Szczęśliwą Gwiazdą. Tak mówi, kiedy ktoś pyta o jej
znak zodiaku. Irytuje ją, że na nieboskłonie żaden z astrologów nie umieścił żyrafy.
Same tylko raki, ryby, lwy i różne takie. Może nieco lepiej sprawy wyglądają w horoskopie chińskim. Tyle, że tam również nie znajdziesz żyrafy. Stąd jej niechęć do poruszania tematu 'astrologia'. Szczęśliwa Gwiazda jest wystarczającą informacją.
Tak myśli Gienia, kiedy każdego ranka, spoglądając w lustro, uśmiecha się do siebie
i mówi  'Aloha'. I to samo powtarza, gdy jej spojrzenie wędruje na komodę.

Wśród wielu bibelotów, kamyków, plastikowych dinozaurów i miniaturowych, wiernych
kopii dźwigów, które pracowały przy wznoszeniu najwyższych budynków świata, znajduje
się fotografia gieninej idolki. Nie, nie. To nie piosenkarka, aktorka ani jakaś modelka.
Gienia ma szerokie horyzonty i nie bierze udziału w masowych fascynacjach. Chociaż,
osoba patrząca na Gienię  i w tym momencie tylko na nią  (Gienia jest o tym przekonana)
jest naprawdę słynna. Jak wieża Eiffla, której fotografia wisi na ścianie w przedpokoju.
Słynna i taka światowa...

Gienia uśmiecha się raz jeszcze i jest pewna, że Oprah odwzajemnia jej uśmiech.
Tak, to właśnie ona. Sama Oprah Winfrey. Gienia wie, że pewnego dnia spotkają się.
Może nawet przeprowadzą ze sobą wywiady? "To będzie niesamowite" - mówi Gienia
i z wrażenia faluje jej grzywka. Bo Gienia (co nie jest tajemnicą, bo wiedzą o tym jej
przyjaciele, czyli według Gieni cały świat), marzy o dziennikarskiej karierze. Prawdziwej,
zrodzonej z potrzeby serca, układu planet i fascynacji losami wszelkich stworzeń.
Gienia dobrze wie, czego pragnie od życia.

Poza dużą ilością słodkich niespodzianek, wciąż nowych kolorów lakierów do paznokci
i nieskończenie powiększających się kolekcji miniaturowych dinozaurów i dźwigów
budowlanych, pragnie rozmów z napotkanymi ludźmi. To takie fascynujące!
Dla Gieni, spotkanie w jednym czasie, w tym samym miejscu, jest wystarczającym
powodem do uznania tego zdarzenia za nadprzyrodzone. No bo, jeżeli na Ziemi żyją
miliardy istot a przestrzenie liczą się w setkach tysięcy kilometrów sześciennych
(Gienia uwzględnia również przestrzeń powietrzną). Różnego rodzaju kalendarze
mieszczą mnóstwo dni, a zegary godzin, półgodzin i kwadransów. To jak nazwać
takie spotkania? Losem? Przeznaczeniem? Przypadkiem? Umową? Przyciąganiem
podobieństw? Przyciaganiem przeciwieństw?
Od takich właśnie zastanowień roi się w głowie Gieni. I po krótkim 'hajheloł',
niekiedy rozbudowanym o zwyczajowe grzeczności, rozważa te sprawy z napotkanym
rozmówcą. Gienia jest przekonana, że ma to pewien wpływ na kulistość Ziemi.
Nie ma wprawdzie na ten temat głębszej wiedzy ani przemyśleń, ale zakłada tak a priori,
od kiedy dowiedziała się, co sądzi o jej rozmowach mąż jednej z przyjaciółek.
Otóż sądzi on, że nie ma to wpływu na kulistość. Więc Gienia uznała, że skoro tak, to
jej zdaniem ma. I tyle. Gienia lubi mieć swoje zdanie na różne nieistotne tematy.
'No bo tak i już', 'Nie i koniec', 'Jeszcze by tego brakowało, żeby...'

Kiedy jednak następuje to kosmiczne spotkanie, Gienia uśmiecha się i jej rozmówca
wie, że cały Wszechświat uśmiechnął się do niego. A Gienia słucha całym swoim
sercem. I wszystko zapamiętuje. I zadaje pytania. I nie upiera się, że ma rację. Bo
rozmówca jest jak nieodkryte prawo przyrody. I jak nienapisana powieść. O'powieść.

Już pierwsze słowa sprawiają, że przestrzeń zapełnia sie obrazami, z których wyłaniają
się dawno zapomniane postacie. Zdarzenia, które nie miały miejsca. Słowa, które nigdy
nie padły. Historie, które stworzył sam opowiadający. Zazwyczaj dawno, dawno temu...
Obrazy według własnych scenariuszy, raz powołane do życia, kreują je według własnego
widzimisie.

Gienia bywa też smutna. Odcienie smutku bywają różne. Ale kiedy przybierają
niebezpiecznie ciemne barwy, Gienia nie zagląda do lustra. Nie dzwoni do przyjaciół.
Nie podśpiewuje wesołego 'Alleluja'. Z dezaprobatą przegląda lakiery do paznokci.
Żaden odcień nie pasuje do dzisiejszego nastroju. bo wszystkie są do dupy.
Turkusowy jest w zasadzie kapuściany. Karminowy wybitnie buraczkowy. PiasekSaharyTużPoWschodzieSłońca sraczkowaty, a srebrny zwyczajnie szary.
Za oknem nie ma żadnej pogody. Łatki na gieninej szyji nie takie. Ta pośrodku
powinna być bardziej z boku a ta za uchem trochę mniejsza. Plączą się Gieni myśli
i wszystko potrąca. Jest jej tak smutno, że jedyne co może robić, to akacjowe placki
z dużą ilością miodu. Smaży je na oleju ryżowym i polewa sezamowym. Czasem
posypuje cukrem pudrem, zrasza obficie łzami i dodaje wyrzuty sumienia.
Że za dużo i za słodko. Że Paputek i Mocarelka tak się nie obżerają. Że łatki staną się
większe i zupełnie stracą proporcje. I krawaty i żaboty będą za ciasne. No i jak pokaże
się w telewizji. Jak będzie się prezentować na rautach i spotkaniach biznesowych.
I - co najgorsze - jak pokaże się Ophrze W.

Te myśli przegryza kolejnymi plackami i popija herbatą z sokiem. Na szczęście dzień
jest na tyle długi, że zawsze coś się wydarzy. A to Mocarelka zadzwoni, żeby pochwalić
się nowym zakupem konfekcyjnym. A to Paputek zaglądnie, bo było mu po drodze.
Gienia otworzy drzwi i przy okazji zauważy, że jednak jakaś pogoda jest i jakieś
stworzenia kręcą się po okolicy. Więc jej samotność nie może być tak samotna.
Gienia chcąc niechcąc uśmiecha się do siebie, a to uruchamia całą chemię radości od
kopytek po różki. I Gienia czuje się lżejsza, łatki są na miejscu a placki idą w odstawkę.

Gienia włącza komputer. Oprah. Jak ona inteligentnie nie przerywa rozmówcy. Jak we
właściwych momentach mówi 'ye', 'ye' i 'ok'. I wskakuje z kolejnym pytaniem. Jest taka
ładna. I rzęsy ma długie jak Gienia... I wszyscy chcą wystąpić w jej programie. Ale to
ona wybiera. Nawet, jeżeli rozmówca myśli, że jest odwrotnie. Zwłaszcza, jeżeli rozmówca
myśli, że jest odwrotnie. Jakie to piękne zajęcie - słuchanie.


(...)  
Od wczesnego poranka Gienia cieszyła się na spotkanie z Paputkiem. Dawno się nie
widzieli i to sprawiało, że radość była tym większa. Paputek, który zarzekał się, że nigdy
więcej nie oddali się od ukochanego Szorehamu, wrócił właśnie z dawno planowanej
wizyty u Wujka Zuni.
Jak zwykle zły i zmęczony po zbyt długim locie i turbulencjach czasowych, musiał
swoje odespać i wynarzekać i po tygodniu znalazł wreszcie czas dla Gieni.

Spotkali się w ich ulubionej knajpce 'Pod Zdechłym Azorem Cafe'.
Gienia przyszła w miarę punktualnie, ale ponieważ z pośpiechu i ekscytacji platały
jej się kopytka potrąciła wychodzącego właśnie sąsiada, co mogłoby stać się pretekstem
do nawiązania rozmowy z inicjatywy tegoż, gdyby Gienia nie zasłoniła się najnowszym
numerem "Time’sa" zabranego ze stolika.
"Chyba mnie nie rozpoznał" - pomyślała  zadowolona.
Lubi siebie za to, że z każdej niezręcznej sytuacji potrafi się zgrabnie wyplątać i wyjść
z twarzą (nawet zasłoniętą gazetą).
"Gdzie ten Paputek?" – Gienia rozgląda się po sali i z roztargnieniem mówi 'przepraszam'
do stojącej przed nią osoby.
"Czekam na ciebie już 10 minut, patrząc  jak demolujesz otoczenie " - usłyszała znajomy głos.
Spojrzała przytomniej. Tuż przed nią stała dziwnie znajoma postać.
"Paputek!” - zawołała Gienia zupełnie zaskoczona.
Wpadli sobie w ramiona i odtańczyli parosekundowy taniec wahadłowy.
"Tak się cieszę, że znalazłeś czas, żeby się ze mną spotkać. Opowiadaj, co tam po
drugiej stronie Atlantyku".

Paputek sprawdził  łotsapa, fejsbuka i esemesy.
"No dobrze. Taki byłem zły po powrocie, bo wiesz jaki jestem kiedy się nie wyśpię…
ale już dobrze. Wujek Zuni od razu mnie  rozpoznał. Tylko ja wyszedłem z samolotu na
bosaka. W Santa Fe było tak gorąco, że prawie poparzyłem sobie stopy.
Wszyscy gapili się na mnie,  jakbym był jakiś porąbany.  A sami, wiesz jak wyglądali?
Zubierani jak na skandynawskie     przedwiośnie. Długie rękawy, solidne obuwie
a do tego kapelusze z szerokimi rondami.

Paputek opowiadał, opowiadał, a Gienia widziała to wszystko o czym mówił,
czym się wzruszał i za czym tęsknił. Ich głosy mieszały się z zapachem miętowej
herbaty i smakiem marchewkowego ciasta.


                                                         koniec fragmentu pierwszego