Wednesday, 20 January 2016

Archiformy i Dynamika Kwadratu w galerii "TO TU"


                                    GALERIA  'TO TU' - RZESZóW, BALDACHóWKA 7
                                               http://www.stowarzyszenie-pogranicze.pl/o-nas


Marlena Lenart - MALARSTWO                         http://salonsztuki.net/marlena-lenart

Dariusz Młynarczyk - ARCHIFORMY    
http://www.teatrarlekin.pl/aktualnosci/36-wazne/180-dariusz-mlynarczyk-archiformy

                                              

No tak... zimowa pora ma jakiś wpływ na spowolnienie mojej aktywności. Ten post dotyczy wydarzenia sprzed prawie dwóch tygodni. Cóż, dopiero dzisiaj się napisał.  Dotyczy wystawy, którą można jeszcze obejrzeć, ale trzeba się spieszyć, bo zostało tylko kilka dni tego tygodnia.
GDZIE? Oczywiście  "TO TU",  czyli Rzeszów, Baldachówka 7


W galerii jak zawsze podczas wernisażu, sporo gości. Niestety z powodu 
spóźnienia, nie zdążyłam na początek spotkania, i tym samym ominęła
mnie część, w której Autorzy dzielili się osobistymi refleksjami na temat 
prezentowanych prac. 









Czym są Archiformy? Aby określić to zjawisko słowami, pozwolę sobie
zacytować trafnie ujmującą istotę rzeczy definicję, zawartą w katalogu do ubiegłorocznej
wystawy w łódzkim Teatrze Lalek 'Arlekin'  :

"ARCHIFORMY  to postindustrialne formy zestawione z biomorficznymi, układające się 
w kształty ryb, oka, kół, księżyca, dziwnych narzędzi, czasami zaś wpisany jest w to 
człowiek-fantom. Klimat tych prac, być może ze względu na zastosowany złoty kolor, 
przywodzi na myśl wschodnie ikony, zaś dekoracyjna geometryzacja, deformacja 
kształtów nakłada się na symbolikę znaków-przedmiotów, mimo że autor nie narzuca 
widzowi jednoznacznej interpretacji"

więcej na temat twórczości DARIUSZA  MŁYNARCZYKA  :  
https://www.youtube.com/watch?v=bECXmhsnI0w


Zdjęcie nieudane, ale nie mam innego, a chodzi o archiformy.
Ta z prawej, o intrygująco brzmiącym tytule 'Diabeł Morski z Burgos',
zwróciła moją uwagę, że względu na zestawienie słów zawartych w tym nazwaniu.
Ponieważ nie tak dawno spędziłam jedną noc w Burgos, (jakkolwiek to brzmi, nie 
było romantycznie), mam pewne skojarzenie. Zwłaszcza, że zanim ułożyłam się do snu, 
spędziłam trochę czasu szukając noclegu, co niejako zmusiło mnie do spaceru pośród 
średniowiecznego murów tego miasta. 
Nie demonizowałabym tego miejsca, ale zestawienie diabła i Burgos jakoś nieźle 
komponuje się w mojej wyobraźni. 
Co do  'morski', to trochę mniej, ale przecież w tym przypadku chodzi o diabła, 
który będąc morskim, przestaje być diabłem. Co widać w głębi powyższej fotografii.

               
  Jak to w takich okolicznościach, sposobność zamienienia kilku słów z Autorem. 



                                                                            i Autorką

            
                         Pani Marlena Lenart (na fot druga od prawej),również była rozchwytywana,
                                                     i chętnie odpowiadała na pytania. 



Lubię ten rodzaj malarstwa, kiedy obraz oddycha. A między obrazem a oglądającym, 
następuje wręcz fizyczne połączenie. 
Dzięki bardzo oszczędnej formie i wysublimowanej barwie, dynamika nie staje się chaosem,
lecz tworzy harmonię, pierwotny porządek i łagodny rytm. 





Patrząc na te obrazy, nasunęło mi się skojarzenie, z twórczością Tamary Berdowskiej
znanej i uznanej krakowskiej malarki :
https://www.youtube.com/watch?v=OULUFollHds

I myślę o refleksjach zawartych w  'Wielkiej Magii', autorstwa Elizabeth Gilbert.
Książka ta jest prezentem od Devy M. (Dziękuję!), i znalazła się w moich rękach
o właściwej godzinie ( jak większość książek sugerowanych przez wspomnianą
Devę).
Pewnie sama bym po nią nie sięgnęła, ze względu na podtytuł ('Odważ się żyć
kreatywnie'), skazujący ją na półkę w nie zawsze znamienitym towarzystwie, to
jednak, czego zawsze Życie mnie uczy, nie należy kierować się stereotypami.
I tak od dwóch dni, znajduję w niej wielkie upodobanie.
A skojarzenie z wystawą?
To może w osobnym poście.




Friday, 8 January 2016

POGODA w Rzeszowie



O pogodzie w Rzeszowie od 01.01 do 08.01.2016
Przyszła zima. Taka prawdziwa, z minusowymi temperaturami.
W nocy nawet do -15'C, w ciągu dnia około -10'C
Do pełni szczęścia brakuje tylko śniegu.


Po kilku dniach mróz nieco zelżał. Temperatury wahały się w okolicach -3'C do 0'C
Nocą nieco chłodniej. Śnieg w ilości homeopatycznej.


Nad Wisłokiem jak zazwyczaj nie zrażone pogodą (bo cóż mają robić) kaczki,
mewy (rybitwy?), łabędzie i gościnnie kormorany.



W radio komunikaty przypominające mieszkańcom o ludziach zagrożonych
zamarznięciem. Podawane są informacje o schroniskach dla bezdomnych
wraz z numerami telefonów i prośbami o pomoc w razie potrzeby.


A w pobliżu przystanków autobusów miejskich, w te najmroźniejsze dni
pojawiły się koksowniki, takie oto jak na zdjęciu (powyżej).

RZESZóW. "Galeria z Podwórza"



Są takie miejsca, których nie sposób przeoczyć. Przyciągają nie tylko nazwą,
zapowiadającą niezwyczajne wnętrze (mimo, że określenie 'galeria',
nie kojarzy się już wyłącznie z przybytkiem sztuki).
Po prostu przyciągają.


Nie ma ich zbyt wiele. Te nieliczne oczarowują.
Jak ta rzeszowska 'Galeria z Podwórza"
                                                                         http://www.galeria.itl.pl/


Bardzo łatwo tu trafić. Ulica Mickiewicza prowadzi wprost do Rynku.
Przy niej znajduje się teatr 'Maska', a w tym samym budynku, galeria sztuki.



Obrazy, rzeźby, unikatowe bibeloty.
Nastrój, klimat, duch miejsca.

Mnóstwo światów zamkniętych w ramach obrazów.
Mnóstwo opowieści snujących się poza ramami.





Jeszcze poświąteczny nastrój, chociaż to już Nowy 2016 Rok.
Więc niech te  nastroje trwają przez następne miesiące


Friday, 1 January 2016

Krakowski Kazimierz. ALCHEMIA



'Alchemia' pojawia się w mojej książce 'Bluegrass', przy okazji pobytu Paputka
w Krakowie. Poniżej przytaczam wrażenia mojego bohatera, z krótkiego
tam pobytu. Był to jeden z przystanków w jego podróży sprzed ponad półtora
roku.


" (...) Paputek szedł chłonąc dźwięki wieczornego miasta. Z licznych kawiarni
i restauracji dobiegała muzyka i gwar ludzkich głosów. Brzęk naczyń, śmiechy,
poniesione głosy, nawoływania, przejeżdżające samochody, jakiś rower
z niedokręconym dzwonkiem... Odgłosy przemieszczały się wśród kamienic,
wpadały przez uchylone okna i wypadały stamtąd, szukając nowych miejsc.
W tej scenerii Paputek czuł się jak gwiazda musicalu, która chwilowo nie wykonuje
swojej partii. Krążył pozwalając, by prowadził go przypadek, aż poczuł zmęczenie.
Rozejrzał się i nad mocno odrapanymi drzwiami narożnego budynku przeczytał
napis 'Alchemia'.
Wszedł i przez moment miał wrażenie, że znalazł się w czyimś mieszkaniu, skąd
goście właśnie wyszli, lub dokąd jeszcze nie przyszli. W każdym razie nie było pusto,
a w powietrzu działo się. Zauważył szafę, przez którą można było przejść do
następnego pomieszczenia. Po drugiej stronie szafy znajdował się świat spowity
mgłą papierosowego dymu.
"Dobrze, że to nie lustro, bo można by się potłuc, gdyby trafiło się o niewłaściwej
godzinie." - pomyślał Paputek i podszedł do baru.

"Coś do picia?" - zapytał uprzejmy barman
"Tak" - odpowiedział Paputek - "Kawę niezbyt mocną ale pyszną, i wodę.
Czy są frytki?"
Okazało się, że są, więc Paputek zapytał czy może jeszcze dostać na deser jakieś
ciastko. Tak, może dostać i ma nawet wybór.
Wahał się między sernikiem a szarlotką i w końcu szarlotka zwyciężyła. Ach, co
to była za szarlotka. Teraz Paputek wiedział, że do tej pory nie miał pojęcia o cieście
ani o jabłkach. Nie mógł się doczekać, kiedy w swoich 'Przepisach ratujących życie'
zamieści recepturę o nazwie 'Szarlotka jak najbardziej naturalna'. Miał nadzieję,
że Ciocia Lola będzie w tej sprawie zorientowana.
Usiadł przy stole nieopodal stylowego kredensu. Wnętrze rozjaśniały płomyki świec.
Podobało mu się tu coraz bardziej. Szkoda, że nie ma z nim Gieni. Paputek bez trudu
wyobraził sobie, jak Gienia przeprowadza wywiad z barmanem a przy okazji, w sobie
tylko wiadomy sposób wykrada pilnie strzeżony przepis na 'szarlotkę jak najbardziej
naturalną'.
Siedziało mu się tak dobrze jak na ławce w parku, i nie zauważył, że dookoła zbiera
się coraz więcej ludzi.
"Robi się trochę ciasno" - spostrzegł się po dłuższej chwili. W okolicach niewielkiej
sceny zrobiło się jakby małe zamieszanie.
"Może będzie koncert?" - przyszło mu do głowy. Przypomniał sobie, że wiedzę
należy czerpać ze źródła i postanowił zapytać kelnera.
"Dzisiaj występuje 'Vladimirska' " - usłyszał w odpowiedzi.
Paputek o nic więcej nie pytał, bo musiał to przemyśleć. Jak zdążył się zorientować
przed przyjazdem do Polski, tutejsze nazwiska, a w każdym razie ich większość,
mają końcówkę 'ski'. W przypadku kobiety (to było dla Paputka nie do końca jasne)
'ska'. Więc prawdopodobnie będzie to występ artystki o nazwisku Vladimirska.
Podszedł jeszcze raz do kelnera i zapytał : "Nie znam tej artystki. Jak ma na imię?"
"Scotia" - usłyszał w odpowiedzi - "Naprawdę ich nie znasz?"
"Nie znam" - przyznał Paputek - "Ale poznam."
"Za kwadrans powinni zacząć" - dowiedział się na koniec.
Kiedy Paputek zauważył mężczyznę z trąbką, wiedział, że będzie dobrze. Muzycy
organizowali się na scenie. Paputek zwrócił uwagę na dziewczynę z akordeonem.
Czekał cierpliwie na pojawienie się Scotii Vladimirskiej.
Muzycy powitali zebranych i zaczęli grać, a Paputek dopiero teraz zorientował się,
że to jest właśnie Scotia.
Natychmiast minął mu żal, że ominął go koncert Beirutu. Bo to, czego teraz
doświadczał, było pralinką na szarlotce.
Scotia była zjawiskowa. Paputek zakochał się od pierwszego taktu 'Walking Stick'.
Zapomniał nawet o Caro Emerald, której uroda była dla niego wyznacznikiem
kobiecego ideału. Scotia była taka, że Paputek nie potrafił jej określić. Niby obecna,
a trochę  jakby dopiero co wysiadła z pociągu na nieznanej stacji. Zresztą była
podobna do Caro, ale nie w tym rzecz. Paputek wiedział w czym, jednak teraz
skupił się na muzyce.
Chłopaki grali rewelacyjnie. Nie wartościując byli dla niego jak Beirut.
"W różnych miejscach na Ziemi rodzą się podobni do siebie ludzie po to,
żeby się nigdy nie spotkać." - pomyślał.

Koncert był niezwykły. Paputek dał się porwać w podróż do nieznanych sobie
światów. Światów słowiańskich jak mu się wydawało, więc swoim sercu nazwał
tę muzykę 'krakowską'. Tak. Dla niego był to najpopularniejszy, bo jedyny mu
znany, polski zespół.
Jest jeszcze skrzypek z Brajtonu bardzo tutaj słynny i podziwiany.
Paputek kupił dla Gieni płytę na której gra on z równie słynnym i podziwianym
zespołem Kroke. Pani w księgarni doradziła mu tak, kiedy Paputek zapytał co
byłoby najodpowiedniejszym suvenirem z Krakowa. Oczywiście dla Gieni.

Wybrzmiał ostatni utwór. Muzycy podziękowali rozentuzjazmowanej publiczności.
Zaprosili na następny koncert. Paputek był tak szczęśliwy i oszołomiony, że nie
przyszło mu do głowy, że może podejść i zamienić kilka słów.
Miałby sposobność porozmawiać ze Scotią. Pomyślał o tym dopiero w hotelowym
pokoju, kiedy w wyszukiwarkę wpisywał 'Scotia Vladimirska'.
"O ja głupi" - pomyślał głośno, gdy pojawiły się hasła. Rzadko tak mówił do siebie.
Czasem jednak w wyjątkowych okolicznościach, gdy brak rozsądku przejawiał się
w rażący sposób, pozwalał sobie na to. Tak jak teraz.
Pierwsza odpowiedz 'Scotia', czyli imię dziewczyny z akordeonem.
Druga - 'Vladimirska' - nazwa zespołu.
Paputek przeczytał wszystkie informacje, po czym utwierdził się w przekonaniu,
że musi w swoim życiu przeczytać jeszcze kilka książek.
I zrobi to jak tylko wróci do domu."


http://www.krakowlife.pl/121-Alchemia-Klub 


A dzisiaj pierwszy dzień stycznia 2016 roku. Trochę zapomniałam o Paputku
Żyrafce Gieni, i ich przyjaciołach w Brajtonie, Polsce i Nowym Meksyku.
I za sprawą świątecznego spaceru po Kazimierzu, powróciła ta odłożona
'na potem',  historia.

Więcej fot z Kazimierza na moim filmiku https://www.youtube.com/watch?v=bhoyBGi7Rzg&feature=youtu.be