Saturday, 31 January 2015

POGODA w Brighton



O pogodzie w Brajton w ostatnim tygodniu stycznia 2015 roku (od 26.01 do 31.01)


Zaczęło się 'częściowymi przejaśnieniami' czyli słonecznie (rano 6-7'C, w ciągu dnia
9-10'C),  chmurząc się przejściowo, by środa mogła przynieść przewidywany deszcz.


W czwartek odczuwalnie chłodniej z lekkim wiatrem. Podobnie w piątek.
A w sobotę rano niespodzianka!


Tak, fot. z Augustina's garden.
Kiedy wyjrzałam prze okno około ósmej rano, zaskoczyła mnie przyprószona
śniegiem rzeczywistość. Wiedząc, że ta chwila nie może trwać wiecznie, tak jak
stałam wybiegłam do ogrodu by utrwalić nietrwałe. I dobrze, że się pospieszyłam,
bowiem po pół godzinie nikt nie pamiętał o śnieżnym epizodzie.


                                                           nawet niedobudzony fiołek

                                     
                                                                ani kwitnący rozmaryn

We are in Brighton. Jesteśmy w Brajton.



No tak. W nazwie bloga pojawia się 'brighton'
http://brighton-bluegrass-podroze.blogspot.co.uk/ a na jego stronach jakby coraz
rzadziej. Jednak nie zmieniłam miejsca chwilowego pobytu. Na razie jestem tutaj,
zimując po raz kolejny i doświadczając zmienności brajtonowskiej aury.
Zawsze zaznaczam, że to czego doświadczam jest 'brajtonowskie'a nie angielskie.
Ponieważ nigdy nie mieszkałam w innych częściach Wyspy. A Brighton
z tego co słyszę, jest specyficzne. Wprawdzie to samo słyszałam o Cambridge
i Manchester, że nie wspomnę o Coventry. Dlatego podejrzewam, że ta opinia dotyczy
jeszcze kilku innych angielskich miast.


Map of st nicholas church brighton

Dzisiaj zapraszam na spacer ulicą, której półgodzinnym fragmentem
przemieszczam się ostatnio najczęściej. Dyke Road. Jej początek znajduje
się pomiędzy opisanymi już w blogu centrum handlowym Churchill Square
a  (opisaną również) wieżą zegarową Tower Clock. Zawsze myślałam,
że Dyke Road jest równoległa do prowadzącej do Dworca Głównego
(Brighton Station) Queens Road, ale nie. Byłaby, gdyby nie odbiegała
w kierunku nieco bardziej zachodnim, co zauważyłam na wyguglowanej
mapce (dziękuję!). Podążając nią, od razu odczuwamy, że idziemy
pod górkę. Spoglądając na prawo, dostrzegamy wyraźne wzniesienie
i kościół. To właśnie ten na zamieszczonych fotografiach


The Church of Saint Nicholas of Myra znany jako St. Nicholas Church,
 nazywany przez niektórych St. Nick'iem.
Czyli kościół pod wezwaniem św. Mikołaja z tureckiej Miry, powszechnie
lubianego Świętego, honorowanego w dniu 6 grudnia. Właśnie o tego Mikołaja
chodzi (bo jest jeszcze kilku innych w religiach katolickiej i prawosławnej
w tym Mikołaj II Romanow). 
Wprawdzie w Brajtonie św. Mikołaj z Miry jest o patronem żeglarzy i rybaków,
ale tak to jest, kiedy nadmorskiej wiosce potrzebny jest  patron odpowiadający
społecznym zapotrzebowaniom.

Za datę założenia kościoła uważa się rok 1091, kiedy to Brighton
nie było Brajtonem a maleńka osada miała nieco inna nazwę.
Było to na szczęście w czasach, kiedy w kulturze masowej pojawił się już
kult św. Mikołaja, którego historyczne istnienie poddawane bywa w wątpliwość.
Dla mnie nie ma to znaczenia, bowiem obok św. Antoniego Padewskiego
z Lizbony, należy do moich ulubionych (ze względów praktycznych).

W obecnej formie kościół znany jest od połowy XIV wieku. Od tego czasu przeżył
najazd Francuzów oraz klęskę żywiołową, znaną w Anglii jako 'Great Storm'.

St. Nicholas Church został przywrócony do świetności w 1853 roku
i od tego czasu ma się całkiem dobrze. Jak większość angielskich kościołów
(które nie są otwarte przez cały dzień, by spragniony skupienia i modlitwy
mógł znaleźć w nim miejsce),
oferuje oprócz spotkań modlitewnych, zajęcia dla dzieci
i młodzieży, koncerty, oraz udostępnia swoją przestrzeń zainteresowanym.

Natomiast po drugiej stronie ulicy, na przykościelnym terenie znajduje się
ogrodzony murem udostępniony wszystkim chętnym park.
Można w nim znaleźć wyjątkowy spokój.
The St. Nicholas Rest Garden jest otwarty w ciągu dnia. W maju
na jego terenie odbywają się przedstawienia teatralne.

A to jest mój filmik jutjubowy zrobiony ze zdjęć tegoż ogrodu :


Tradycją w St. Nick'u są środowe koncerty zwane 'lunchtime recitals'.
O 12:30 można posłuchać półgodzinnego koncertu, jest kawa i herbata,
organizatorzy sugerują przyniesienie własnych kanapek. Cena biletu na
koncert zależy od melomana. Nie może być jednak niższa niż 2 i pół funta.
Również w trakcie corocznego majowego festiwalu 'Brighton Festival'
mają tu miejsce wydarzenia muzyczne.

A w każdą środę od 20:00 przez dwie godziny wnętrze kościoła rozbrzmiewa
bardzo głośną muzyką, bowiem chętni oddają się 5 Rytmom.

This 5 Rhythms group is led by Sarah Davies and Ginny Farman. They are both fully accredited 5 Rhythms teachers, apprenticed to Gabrielle Roth. This is a regular weekly class, everyone is welcome. No need to book, just come along.


Brighton - Love Thy Everyone 5 Rhythms
St Nicholas Church, Dyke Rd, Brighton BN1 3LJ
Wednesday 8 - 10pm
http://www.5rhythmsat...

http://www.facebook.c...

http://www.waveofener...

i okazało się, że nasz spacer rozpoczął się i zakończył w tym samym miejscu.
Idąc dalej, po jakiś 12-stu minutach dojdziemy do Seven Dials,
o czym w następnym poście.




















Sunday, 25 January 2015

Pogoda w Brighton



How's the weather here?
20.01 - 26.01.2015  in Brighton

Po jednym śnieżnym poranku, spore, jak na tutejsze realia, ochłodzenie.
Ok. 6:30 rano temperatury ok. 3'C, 4'C. W ciągu dnia  nieco cieplej. Słonecznie,
z lekkim zachmurzeniem. Zdarzał się lekki deszcz.


Za to sobota i niedziela (24.01 i 25.01) słonecznie, można rzec prawdziwie wiosennie.



Tuż przed zmrokiem lekkie zachmurzenie, jutro pewnie pojawi się wiatr, przyniesie
więcej chmur i, czego można się spodziewać, deszcz. A póki co kilka
słonecznych fotografii

                                         nieznany mi gatunek drzewa, z ogromną koroną
                                         zimozielonych liści oraz
                 
                                        
                                      
żonkil z ogrodu Augustiny (znaleziony w zapomnianym
zakamarku ogrodu wśród doniczek z cebulkami
zeszłorocznych zwiastunów wiosny)

'BLUEGRASS'. Fragment Dziesiąty.



Antoni  (... )
Łódkę kupił jeszcze przed emeryturą. Nie miał natury żeglarza. Lubił wprawdzie pływać
wzdłuż  morskich wybrzeży, rzekami i kanałami. Podobało mu się życie na łodzi, ale nie
pociągał go żywioł oceanu i wielkie wyzwania.
Z Tuluzy mógł wypływać zarówno na Morze Śródziemne, jak i na Atlantyk.
W XVII wieku wybudowano 'Canal du Midi', który połączony z 'Canal de Garonne',
utworzył 'canal des deux mers', dwustukilometrowy szlak wodny, łączący Atlantyk z
Morzem Śródziemnym.  Z nieznanych sobie powodów, Antoniego pociagało południowe
wybrzeże Anglii. Nie wiedział dlaczego, ale tęsknił za tymi miejscami, podczas zimowych
miesięcy w Arcachon.
Nigdy nie spotkał Sybil. Zbyt późno dowiedział sie o jej istnieniu. Matka zmarła w Kanadzie.
A on, dopiero kilka lat po jej śmierci, likwidując mieszkanie w Tuluzie, odnalazł na strychu
jej korespondencję z Sybil. Antoni wywnioskował, że znały się w dzieciństwie a potem straciły
kontakt. Ponownie odzyskały go na początku lat sześćdziesiątych. Antoni nie zdawał sobie
sprawy, że matka pielęgnowała swój ból i urazę tak bardzo, że irytowały ją podtrzymujące na
duchu listy Sybil i tym samym znajomość wygasła. On sam polubił Sybil i chciał ją poznać,
odwlekał to jednak i Sybil umarła, zanim zdecydował się ją odwiedzić. A szkoda.
Pozostało motto na ławce w parku i te same słowa w nazwie łodzi Antoniego.
Oraz Gienia, która przypadkowo połączyła te dwie historie.

    'XXVII'

    Ciocia Lola z niedowierzaniem oglądała srebrną bransoletkę.
"To naprawdę dla mnie?" - zapytała nieśmiało.
"Tak, Ciociu Lolu" - Paputek z zadowoleniem obserwował jej reakcję - "Ciocia Rita wymyśliła,
że bransoletka. Wujek Zuni zaprojektował ją z myślą o tobie. A w Albuquerqe wykonał ją
indiański jubiler."  
Ciocia Lola przymknęła oczy i delikatnie przesunęła dłonią po powierzchni.
"Tak, czuję, że jest stworzona z myślą o mnie. Dziękuję... Ta ważka, taka piękna. I jeleń..
Dziękuję Paputku."
"Podziękuj Cioci Ricie i Wujkowi Zuni. To od nich. Ja tylko przekazałem i w dodatku,
byłbym o tym zapomniał. Tak mi tu u ciebie dobrze, że nawet nie wiem, jaki jest dzień."
"Piękny, jesienny i jutro jedziemy do Rezerwatu Bobrów. Darek wymyślił tę wycieczkę.
Będzie cudnie, zobaczysz." -  co do tego, Ciocia Lola była pewna.
Wiedziała już, że Paputek z wszystkiego cieszy się jak dziecko i docenia nawet najdrobniejszy przejaw gościnności. Zresztą wiedziała o tym od poczatku. Założyła bransoletkę i podeszła
do lustra, chcąc zobaczyć, jak prezentuje się z daleka.
"Dwa takie piękne symbole..." - przyjrzała im się jeszcze raz z bliska
"Wiesz Ciociu Lolu, że Indianie też mają swój horoskop? Dwanaście znaków. Ptaki, wąż, łosoś
oraz różne leśne zwierzęta." - powiedział Paputek. Ciocia Lola zastanowiła się :
"Hm... nie jestem pewna, co do ważki... ale z pewnością jest tam jeleń!"
"Bingo!" - ucieszył się Paputek - "Opowiem ci moją przygodę z jeleniem.

Kiedy byłem mały, zachowywałem się okropnie.
Wprawdzie nikt z rodziny nigdy mi tego nie wypomniał, to wiem, że wszystkie Ciocie,
które się mną opiekowały miały prawdziwe utrapienie. Pewnego dnia uciekłem z pueblo na pustkowie. Biegałem goły wśród kaktusów nie mając pojęcia o niebezpieczeństwach, jakie tam czyhają. Szczególnym zagrożeniem są węże. Indiane potrafią się z nimi dogadać, ale nawiązują
z nimi kontakt wcześniej, zanim wejdą na ich terytorium. Najgorszą rzeczą jest niespodziewane napatoczenie się na węża. Oj, nie jest wtedy za wesoło. A mi to nawet do mojej niefrasobliwej
głowy nie przyszło!

Robiło się coraz goręcej. Chciało mi się pić i postanowiłem wrócić do wioski. Ale nie
wiedziałem gdzie ona jest.Z tego rozbrykania i słońca, zupełnie straciłem orientację. Położyłem
się na ziemi, bo poczułem ogromne zmęczenie. I myślałem, że tak zostanę, bo zupełnie straciłem
siły. Zacząłem płakać, bo dopiero wtedy pomyślałem, że nikt nie wie, gdzie jestem. Właściwie,
to jak pamiętam, darłem się w niebogłosy" - Paputek pokręcił głową - "Naprawdę taki byłem."
Ciocia Lola wczuła się w sytuację, bo z niepokojem zapytała :
"No, ale jak to się skończyło?"
Paputek kontynuował :
"Leżałem tak i płakałem, pociągając nosem. Z tego gorąca zacząłem mieć dreszcze, a nie
wiedziałem, gdzie rzuciłem swoje ubranie.
Wtedy poczułem, że ktoś ociera mi łzy. Otworzyłem oczy. Tuż przy moim policzku zobaczyłem nozdrza. Kiedy popatrzyłem nieco wyżej - oczy, a na końcu strasznie wielkie uszy, które
wachlowały moją rozgrzaną głowę. Ciociu Lolu! Nie masz pojęcia jakie to zrobiło na mnie
wrażenie! Słyszałem wiele opowieści o jeleniach, widziałem nawet taniec.
Pamiętam, że naśladowałem ruchy tancerzy jeszcze w tydzień po ceremonii, pohukując sobie
do rytmu. Naprawdę, co jak co, ale nie było im ze mną nudno" - roześmiał się Paputek patrząc
w zaciekawione oczy Cioci Loli. Ciocia Lola wierzyła. Jakoś nietrudno jej było wyobrazić sobie małego Paputka.
"I wtedy, na tym pustkowiu, odnalazł mnie jeleń! Wiedziałem, że zaprowadzi mnie do domu. Potrącał mnie nosem a ja słyszałem jak mówi 'rusz się wreszcie, idziemy do domu'. No więc podniosłem się z ziemi i na miękkich nogach ruszyłem za nim. Niestety, byłem tak wyczerpany,
że nie dałem rady.
I wtedy jeleń przyklęknął, a ja jakimś cudem wdrapałem się na jego grzbiet. Objąłem ramionami
jego szyję i przywarłem całym ciałem do grzbietu. I tak dotarliśmy do pueblo.
Oj, dostało mi się wtedy. Wprawdzie moje zniknięcie nie trwało długo, a Ciocia Rita myślała,
że jestem u Pabla, który miał wtedy sklep i czasem tam przesiadywałem. Ale gdy tylko
zorientowali się, że zniknąłem...
Wujek Zuni przebywał wtedy na jakiejś konferencji w Santa Fe. I to od Cioci Rity usłyszałem,
co mi się należało."
"A co z jeleniem?" - zapytała Ciocia Lola
"Bez strachu wszedł do wioski i zostawił mnie pierwszemu napotkanemu mieszkańcowi." - powiedział Paputek - "A potem pięknymi susami opuścił pueblo. Tak to się skończyło."
"Naprawdę niezwykła historia" - Ciocia Lola nie kryła zdziwienia - "I bardzo indiańska"
Paputek zamyślił się
"Z perspektywy czasu, wszystko inaczej wygląda. Taraz, kiedy byłem w Nowym Meksyku,
na wiele spraw spojrzałem na nowo. To znaczy spojrzałem, bo przypomniałem sobie o nich.
Dużo rozmawialiśmy z Wujkiem Zuni. Wiele doświadczyłem odwiedzając różne miejsca.
Przeżyłem ponowne spotkanie z jeleniem. Wujek Zuni powiedział mi teraz, że wtedy, kiedy zaginąłem i Ciocia Rita zadzwoniła do niego, wiedział, że jest to moja inicjacja. Była to też wiadomość dla nich wszystkich, żeby nigdy nie martwili się o mnie. Pablo, który zaraz
wyjechał swoją terenówką, żeby mnie szukać, był cały czas w kontakcie z Wujkiem Zuni.
Przez lornetkę zobaczył jelenia ze mną na grzbiecie i zaraz przekazał tę wiadomość.
Wujek Zuni powiedzial wtedy do niego : 'Nie przeszkadzaj. Pozwól im zakończyć tę przygodę.'
Jestem pełen podziwu dla niego. Zawsze ma w sobie taką ufność. Wie, że ta Planeta jest bezpiecznym miejscem dla tych, którzy wiedzą, bo czują."


Następnego dnia Ciocia Lola wstała nieco wcześniej, by przygotować wycieczkowy kosz
z pysznościami. Ponieważ było jeszcze sporo czasu, Paputek zaproponował :
"Zejdę do ogrodu. Pora, żebym go wreszcie przywitał."
I zszedł na dół. Gdy tylko zamknął za sobą główne drzwi, zatrzymały go pelargonie.
Miały ten sam purpurowo-czerwony odcień, co te na parapecie u Cioci Rity.
Paputek nie poświęcił im zbyt wiele uwagi, bowiem ogród przywoływał go gwałtownie.

Delikatnym szeptem powitała go magnolia. Opowiadała o swoim pięknie. Paputek przystanął,
by wysłuchać jej pieśni :
"Mówią o mnie 'księżniczka', kiedy budzę się z zimowego snu. A ja rumienię się od stóp
do głów. Odpowiadam 'dziękuję' i wiatr zanosi te słowa każdemu, kto na mnie patrzy.
'Jak tu miło' - słyszę - 'Nadeszła wreszcie wiosna!'
A ja rzucam im kwiaty pod nogi. I jestem taka szczęśliwa. I kiedy nie mam już ani jednego
płatka, stroję się w ciemną, satynową zieleń.
'Och, zrobiło się tak gorąco' - dobiegają mnie narzekania.
Więc pochylam się nisko, by człowiek znalazł wytchnienie w moim cieniu.
'Jak dobrze, że można odpocząć na tej ławeczce pod magnolią' - słyszę.
'Jak dobrze' - odpowiadam. 
Nadchodzą letnie burze.  Koncertujemy wtedy z kroplami deszczu. To dopiero muzyka!
Pewnego dnia ktoś wzdycha : 'Robi się coraz chłodniej'.
A ja bawiąc się promieniami zachodzącego słońca zrzucam liście i nucę :
'Pora rozbierać się do snu...' "
"Dziękuję ci księżniczko" - powiedział Paputek, kiedy spadający liść smagnął jego policzek.

Minął kępy ziół. Krzewy, które zaczęły tracić liście. Krzaki porzeczek i malin. Zauważył
oplecioną winogronem pergolę. Odwrócił się, bowiem poczuł słodki zapach.
"Zjedz mnie" - usłyszał niemal równocześnie z odgłosem spadającego na ziemię owocu.
"Jakie jest twoje imię?" - zaciekawił się
"Magda, Magi da, Magija gija da" - grusza śmiała się złociście
Paputek schylił się po gruszkę. Jej zapach był oszałamiający. Trzymał ją za ogonek i pozwalał
by kołysała się tuż przed jego nosem. Znudziło mu się to wkrótce i usiadł na niskiej ławeczce
pod wielkim drzewem... Drzewem!
Paputek zadrżał i zerwał się na równe nogi. Nie zdążył nawet pomyśleć 'o ja głupi', co w jego kategoriach byłoby w tym wypadku w pełni uzasadnione. To ten głos przywoływał go z głębi ogrodu! A on dał się zwieść słodkim opowieściom...
Spojrzał w górę. Na tle błękitnego nieba rysowały się srebrne gałęzie. Nieliczne, pożółkłe liście drżały na wietrze,  jakby z obawy przed upadkiem na ziemię. Paputek pokłonił się. A potem
podszedł do Strażnika Ogrodu i objął go z miłością.
Ciocia Lola, która wyszła na balkon, by zawołać Paputka na śniadanie, patrzyła wzruszona
na tę scenę. I widziała jak cały ogród faluje od 'ochów' i 'achów' wszystkich jego mieszkańców.

( ... )
Dzisiaj mijał czwarty dzień pobytu Paputka w Rzeszowie. Plus trzy dni w Krakowie...
Czas tak szybko biegnie.
"Paputku" - zapytał Darek - "Ciocia Lola mówiła mi, że dużo wiesz o zwierzętach"
"Tak raczej średnio niż dużo" - określił  Paputek swój stan wiedzy - "I nie o wszystkich. A co chciałbyś wiedzieć?"
Darek zastanowił się. Właściwie miał kilka pytań. Jednak najbardziej interesowało go :
"Dlaczego Wujek Zuni wybrał ważkę i jelenia na bransoletkę dla Cioci Loli?"
"Nie wiem dlaczego" - Paputek naprawdę nie wiedział. Po raz pierwszy zobaczył gotową
bransoletkę w chwili, gdy Ciocia Lola rozpakowała prezent. Wiedział wprawdzie o pomyśle,
o ważce i jeleniu, ale uważał to za oczywistei nie wchodził w szczegóły. Teraz zastanowił się.
"Naprawdę nie wiem dlaczego, Darku. Ale mogę opowiedzieć, co wiem o jeleniu i ważce
i wtedy sami będziecie wiedzieć.
"No to mów" - Darek nie mógł się doczekać paputkowej opowieści.
"Zacząć od ważki, czy od jelenia?" - zapytał Paputek
"Od ważki" - wtrąciła się do rozmowy Ciocia Lola.
"Moja wiedza o ważkach, jak zresztą o wszystkim, pochodzi z różnych zródeł. Z indiańskich opowieści, to wiadomo. Od Stevena, który był moim nauczycielem, to też. Poza tym własne koncepcje. Steven na przykład, lubił zabierać mnie w różne miejsca i tam prowadził wykłady. Najczęściej chodziliśmy do Muzeum Historii Naturalnej albo do Planetarium. Pretekstem do
wykładu mógł być zarówno wulkan, jak skamielina. Steven łatwo przechodził od jednej
dziedziny wiedzy do drugiej.
Gdybyście zapytali go na przykład o ważkę, zacząłby od prehistorii. Od paleontologii
przeszedłby do geologii. Następnie skupiłby się na biologii. Zatrzymał dłużej  przy entomologii
a potem poprzez aerodynamikę i grawitację, mógłby poprzestać na Leonardzie da Vinci.
Ale to tylko jedna z opcji. Równie prawdopodobne byłoby, że pominąłby Leonarda i przeszedł
do budowy helikoptera. Od helikoptera do masowej produkcji broni, no i wtedy zaczęłoby się...
kto rządzi światem, korporacje i koncerny, wszelkie 'izmy', itede. Po czym kazałby mi iść
do domu, bo ciśnienie tak mu podskoczyło, że tylko wizyta w irlandzkiej piwiarni może
uratować mu życie."   
Ciocia Lola uśmiechnęła się i powiedziała :
"Ale przyznaj Paputku, że Steven dał się lubić."
Paputek westchnął :
"O tak. Bardzo go lubiłem... Nie mieszka już w Albuquerque. Wyjechał do Kanady i tam
próbuje być szczęśliwy. No, ale wracając tematu... Z tego co wiem, ważki są najstarszymi
owadami na Ziemi. W dodatku poza rozmiarami, niewiele się zmieniły od 350 tysięcy lat.
Mimo, że polują głównie na mniejsze i większe owady, potrafią niekiedy zaatakować
siebie nawzajem. Większość życia spędzają w wodzie. Są bardzo szybkie. Nie są wcale takie
kruche i delikatne tak, jak wyglądają. Są naprawdę wyjątkowo wytrzymałe. To ludzi zastanawia
i fascynuje.  Dla mnie jest oczywiste, że te skojarzenia i zastanowienia sprawiły, że właściwie
dla różnych, często odległych kultur ważka symbolizuje podobne wartości. Szczęście, dobrobyt, powodzenie, harmonię... Indianie uważają ją za symbol nieśmiertelności i odrodzenia poprzez zmianę. Z kolei świadoma zmiana jest możliwa przy koncentracji na teraźniejszości.
Bycie w teraźniejszości przynosi spokój i harmonię. To z kolei oprócz dobrego samopoczucia, pozwala głębiej wniknąć istotę życia. A to może być punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Jeżeli ktoś lubi oczywiście." -  zastrzegł się Paputek
"A jak ty to widzisz?" - zapytał Darek
"Tak jak Indianie." - odpowiedział Paputek - "Obserwuję. Wnikam. Odczuwam. Interpretuję. Niekiedy zostawiam, dodając znak zapytania.
"Ciocia Lola westchnęła : "Ach, te pytajniki... Lubię je, chociaż czasami kręci się od nich
w głowie."
"Oj, kręci się. Ale jak uda się postawić je pod ścianą, od razu prostują się w wykrzykniki" -
dorzucił Darek.
"W całe tuziny wykrzykników!" - Paputek ozdobił swoje odkrycie wykrzyknikiem. Żeby było
 'a propos'.
Zatrzymali się na skraju lasu. Porozdzielali między siebie przygotowane jedzenie i wodę.
Każdy miał nieść swoje. Darka mianowali przywódcą stada, co było oczywiste, bo w końcu to
on zaproponował tę wycieczkę. No i znał to miejsce.Paputek wygrzebał z plecaka kawałek
czerwonej tasiemki i zawiązał ją na przegubie darkowej dłoni.
"Musimy wiedzieć kto jest przewodnikiem. Jakby nas zakręciło, Darek podnosi rękę w górę
i woła 'Aloha! W szeregu zbiórka!'. Zgadzacie się?"
"A mamy coś do gadania?" - roześmiał się Darek.

Paputek podszedł do dużej tablicy informacyjnej. Tekst napisano w nieznanym mu jeszcze
języku. Za to na umieszczonychtam fotografiach rozpoznał bobra i... jelenia.
"To miejsce jest przygotowane dla tych, którzy chcą się czegoś konkretnego dowiedzieć.
Jak nazywa się jakaś roślina, drzewo czy ptak. Czy to, co widzą, to jest bobrza tama i co
się dzieje w kopcu mrówek. Stąd co jakiś czas pojawiają się tablice informacyjne i miejsca na odpoczynek. Nie ma jak zabłądzić.
"Chyba, że się bardzo chce. Mocarelka zabłądziła raz na plaży w Szorehamie." - wtrącił Paputek
"Kto to jest Mocarelka?" - zapytali jednocześnie Darek i Ciocia Lola (Ciocia Lola z wyraźnie większym zainteresowaniem)
"Wynajmuję od niej mieszkanie. I tyle. Naprawdę Ciociu Lolu" - uśmiechnął się do niej
i mrugnął do Darka - "Ale, to znaczy...
"Nie" - Darek odgadł pytanie - "Nie pójdziemy szlakiem dla wycieczek szkolnych. Idziemy
szlakiem jelenia."
"Tak właśnie myślałem" - uspokoił się Paputek.

Ciocia Lola pozostała zamyślona. Kochała las. Czuła się dobrze wśród drzew. Tylko ten jesienny czas tak ją nastrajał... O tej porze roku przyroda stroiła się jak na karnawał. Jak zawsze przed długimi, zimowymi miesiącami. Zieleń liści przekształcała się w zupełnie nowe kolory. Żółcie, pomarańcze, czerwienie i brązy. Alchemia...
Paputek podszedł do wysokiego buka. Położył rękę na sercu i popatrzył w górę na koronę drzewa.
"Witaj Strażniku! Pozdrawiamy cię i dziękujemy za zaproszenie. Przychodzimy z pokojem
w sercach i pozostawimy naszą wdzięczność i błogosławieństwo."
Ciocia Lola i Darek powitali las na swój sposób. I wyruszyli.
Każdy podążał swoją ścieżką. Niekiedy ich drogi łączyły się, niekiedy szli razem, by zaraz rozpierzchnąć się, każdy w swoją własną historię. Mijali jary, potoki, wodospady, leśne ostępy. Mieszkańcy lasu przyglądali się im z ukrycia, a czasem towarzyszyli, dając wyraźnie odczuć,
że są blisko. Zewsząd słychać było szepty, trzaski, nawoływania...
To spadła szyszka, to niewielka kałuża okazała się nieco większa i trzeba było zboczyć, by
mogło wydarzyć się coś nowego. Czas przestał mieć znaczenie. Po prostu szli. Otuleni ciepłem jesiennych liści. Nakarmieni pięknem natury. Podążali przed siebie, każdy w swoim rytmie.
Aż w końcu zmęczeni, głodni i szczęśliwi spotkali się przy Błędnym Kamieniu.
   

                                                               Następny fragment
                                                           w następną  NIEDZIELĘ
                                                                     1. 02. 2015

                                                                    z a p r a s z a m

Tuesday, 20 January 2015

POGODA w Brajton


 
No i wydarzyło się w Brajtonie. Zgodnie z zapowiedziami pogodowymi
nastąpiło ochłodzenie (czyli dzisiejszego ranka +4'C). Przy bezwietrznej pogodzie
do wytrzymania, zwłaszcza, że około południa rozsłoneczniło się, a wieczorem
można było powiedzieć o lekko odczuwalnym ociepleniu. Pojawiły się też
pierwsze chmury, które jutro mogą zgęstnieć, a pojutrze przemienić się w deszcz.

Ale póki co dzisiaj przed wschodem słońca czyli po 6-tej rano
na zaspane Brighton and Hove spadł najprawdziwszy śnieg.
 
 
Przykrył śpiące samochody, wierzchołki ulicznych latarni, zielone trawniki,
drzewa, krzewy i palmy. Również chodniki i ulice oraz tory kolejowe.
 
 
Śnieg w moim ulubionym Dyke Road Park


i na słynnej ławce w tymże parku
 
Około południa pojawiło się słońce i wkrótce potem nie było
śladu po zimowym epizodzie.
 
 
Rudbekia zwana stanie Nowy Meksyk
'czarnooką Zuzanną'
z ogrodu Augustiny
 

Women for Women International



Każdego miesiąca zdarza się niezwykła niedziela, kiedy to spotykamy się w Rottingdean
tańcząc 5Rytmów, wyjątkowo wyłącznie w kobiecym gronie.
Neda Nenadic nasza przewodniczka po 5Rytmach

https://www.youtube.com/watch?v=kMDOhACQtFg

jest całym sercem zaangażowana
w pomoc kobietom z krajów dotkniętych wojną lub wewnętrznym konfliktem, a co za tym idzie kryzysem i biedą.
Jest ambasadorem humanitarnej organizacji Women for Women International
https://www.youtube.com/watch?v=kdRh_LN3qKk


Women for Women International od 1993 pomaga kobietom w krajach dotkniętych
kryzysem. Są to : Bośnia i Herzegovina,  Afganistan, Demokratyczna Republika Kongo, Irak, Kosovo, Nigeria, Rwanda, i Południowy Sudan.
Pomoc finansowa służy przede wszystkim edukacji i organizowaniu szkoleń rozwijających praktyczne umiejętności, ułatwiające funkcjonowanie w trudnych okolicznościach.


Niedzielne pieniądze są przeznaczone na ten właśnie cel a nasz taniec dedykujemy
kobietom i miejscom dotkniętymi efektami destabilizacji.
Nasza intencja tworzy wyczuwalną empatię i poczucie jedności.

A w poniedziałek znów powracamy do zestawu koedukacyjnego, by wspólnie tańczyć
every Monday
Rottingdean Village Hall park Road, Rottingdean BN2 7HL

Gabrielle Roth's 5 Rhythms is a dynamic movement practice- a practice of being in your body- that ignites creativity, connection and community.
http://www.5rhythms.com/teachers/Neda+Nenadic



Saturday, 17 January 2015

'BLUEGRASS'. Fragment Dziewiąty.



 'XXIV' 
     W jednopokojowym mieszkanku Gieni panował nieustanny bałagan.
"Przydałby się jeszcze jeden pokój" - westchnęła, mimo, że nie miała powodu do narzekań.
Odkąd mieszkała w Brajtonie była naprawdę szczęśliwa. Tu był jej dom.
To nic, że okna wychodziły na ruchliwą ulicę. Lubiła miejski ruch.
Zdarzało jej się, że pozostawała w domu przez cały dzień i projektowała swoje ubrania.
Niekiedy towarzyszyła jej muzyka. Częściej gwar ulicy, dobiegający przez półotwarte okno.
Gienia uwielbiała takie dni. Wymyślała i natychmiast szyła swoje kreacje.
Była świetną krawcową. Już jako dziecko szyła ubranka dla lalek i pluszaków. Gdy tylko
podrosła na tyle, by mieć własne zdanie, zaczęła sama wybierać co będzie nosić. Tyle,
że jej stroje, według otoczenia, nadawały sie na bal kostiumowy dla postrzeleńców.
Gienia wykonywała również skomplikowane nakrycia głowy. I naturalnie z przyjemnością
je nosiła. Nie wzbudzało to zachwytu w niewielkim miasteczku na północy Niemiec skąd
pochodziła.
Jako nastolatka, Gienia uchodziła za stukniętą. Nie było łatwo. Nie robiła nic złego. Nawet
nie obrażała nikogo. Ale swoim wyglądem naruszała naturalne środowisko prowincji, czym
nie zyskiwała sympatii. Gienia była zupełnie zdezorientowana i zaplątana, bo nie rozumiała,
o co właściwie chodzi. Nie spotkała ani jednej osoby, która by jej pomogła.
Jeżeli ktoś się do niej zbliżał, to po to, żeby ją wyśmiać. Nie chciała tak żyć. Przestała jeść,
ponieważ jednak nie umarła od tego, zaczęła jeść z powrotem. Warzywa i słodycze. I na tym poprzestała. Podeszła do tej sprawy, tak jak zresztą do wszystkiego, intuicyjnie.
 
W dniu swoich siedemnastych urodzin, upiła się polską wódką kupioną w supermarkecie.
Było to dla niej ekstremalne doświadczenie, którego nigdy więcej nie powtórzyła. Jedyną
dobrą stroną tego wydarzenia był potworny ból głowy i medytacyjny stan 'nie bycia',
przechodzący w długotrwały proces intensywnego odczuwania fizycznego ciała.
Darem otrzymanym w wyniku tej sytuacji, był głęboki i trwały wgląd w swoją boskość,
poprzez doświadczenie chwili obecnej.
Kiedy wstała z łóżka, wiedziała. Podeszła do lustra.
"Od tej chwili traktuję siebie jak drogocenny przedmiot" - powiedziała do swego odbicia.
"I gówno mnie obchodzi, co inni myślą na ten temat." - dodała zadowolona.
Przejrzała szafę i wybrała swój najbardziej wyśmiewany żyrafi kombinezon. Do tego buty
na koturnie. Paznokcie pomalowała odblaskowym lakierem. Rozpuściła włosy i nałożyła
na nie opaskę z żyrafimi różkami. Była szczęśliwa.

Po raz ostatni wybrała się na spacer po mieście swojej przeszłości. Mijała sklepy.
Zaglądnęła na pocztę, gdzie kupiła znaczek i widokówkę z ratuszem. Minęła szkołę,
do której usiłowała chodzić, ale nie bardzo jej to wychodziło. Przystanęła przy szkolnym
boisku i pomachała chłopakom, którzy na jej widok przestali grać i gapili się na nią
zaskoczeni. Naprawdę żegnała te miejsca z miłością. W końcu sama wybrała doświadczenie
życia tutaj. Oczywiście na tak długo, na ile było to konieczne. Czyli do chwili, kiedy
postanowiła to zmienić.
Mijając kawiarnię, zdecydowała się wejść i zamówić kawę.
Wybrała stolik pośrodku środku sali. Wcześniej nigdy by się na to nie odważyła. Teraz
czuła się jak królowa.
Podeszła do niej młoda kelnerka. Gienia uśmiechnęła się do niej naprawdę szczerze.
Kobieta odwzajemniła uśmiech. Nie udawała.
"Czym mogę służyć?" - zapytała
"Poproszę kawę. Nie wiem jaka jest najlepsza. Może mi pani coś poleci?" -
Gienia po raz pierwszy wdała się w rozmowę, bez obawy, że ktoś ją wyśmieje
"Ja zawsze proponuję cappucino. Bo sama najbardziej lubię. Ale mamy też..." -
nie zdążyła dokończyć, bo Gienia grzecznie weszła jej w słowo :
"O tak. Cappucino będzie najlepsze. Dziękuję."
Za oknem widoczne były z rzadka przejeżdżające samochody. Od czasu do czasu pojawiali się przechodnie. Było senne, wczesnojesienne popołudnie.
"Proszę bardzo" - na stoliku pojawiła się kawa - "Czy coś jeszcze?"
Gienia spojrzała na kawę. Na spienionym mleku widniało idealne, cynamonowe serduszko.
"Jakie piękne!" - zawołała Gienia nie kryjąc podziwu - "Dziękuję!"
"Proszę bardzo" - powiedziała kelnerka
Wewnątrz nie było zbyt wielu osób. Jakaś spokojna muzyka w tle. Kelnerka przecierała
i tak czyste stoliki. Po chwili podeszła do stolika Gieni.
"Smakuje?" - zapytała z uśmiechem
"O tak" - odpowiedziała Gienia - "Naprawdę doskonała"
Kelnerka z lekkim wahaniem zapytała : "Przepraszam, właściwie się nie znamy. Ale czy
mogę cię o coś zapytać?"
"Oczywiście" - Gienia po raz pierwszy nie odczuła zakłopotania.
"Dlaczego tak się ubrałaś? Czy to jakaś szczególna okazja?" - zapytała kobieta
Gienia zdziwiła się i teraz ona zadała pytanie : "Od jak dawna tu mieszkasz?"
"Od sześciu tygodni. Mam na imię Hanna i przyjechałam tu z moim chłopakiem. Za pół roku
mamy się pobrać i znalezliśmy tutaj niedrogi dom. Oboje lubimy ciche, spokojne miejsca" - wyjaśniła Gieni
"Rozumiem" - Gienia rzeczywiście rozumiała - "Zupełnie odwrotnie niż ja.
Ja bardzo nie lubię cichych, spokojnych miejsc. Jesteś pierwszą osobą w tym mieście,
która zadała mi takie pytanie. Po prostu pytasz 'dlaczego', bo chcesz wiedzieć.
Masz rację, takiego ubrania nie znajdziesz w najnowszym katalogu mody. Ani w najstarszym.
Więc musi być jakiś powód. Otóż jest. Ja uwielbiam tak  właśnie się ubierać. Nie muszę tego uzasadniać. Ale tobie powiem, bo zwyczajnie mnie zapytałaś. Naprawdę nie wiem, skąd u mnie
ta fantazja. Nie zrezygnuję z niej, bo zbyt siebie cenię i szanuję. Nikomu nie robię krzywdy.
Nikogo nie obrażam. Wprowadzam trochę koloru i odmienności. I to wszystko."
"No tak" - Hanna popatrzyła na Gienię - "Dziękuję, że mnie nie zbyłaś. Tak jak ty nie potrafisz zrezygnować ze swoich
upodobań, ja nie potrafię zrezygnować z zadawania pytań. Kiedy byłam dzieckiem tępiono
u mnie tę cechę. Pewnego dnia zapytałam siebie 'dlaczego?' Czy robię coś złego? Zawsze ktoś
może mi  odmówić. Powiedzić 'nie' i to wszystko."
"Hanno, miło było cię poznać" - powiedziała Gienia wstając od stolika - "Nie myślałam, że dzisiejszego dnia spotkam tak sympatyczną osobę. Pojutrze wyjeżdżam. Będę ciepło
wspominać ten dzień."
Hanna nie zrozumiała, co Gienia ma na myśli mówiąc 'wyjeżdżam' więc zaproponowała :
"Dobrej podróży! I wpadnij na kawę  jak wrócisz."
Gienia podziękowała, wysłała jej całusa i wyszła.

                         
     'XXV'
     Antoni uśmiechnął się do siebie. Zdarzało mu się nieraz doświadczać zjawiska
synchroniczności, ale tym razem był naprawdę zaskoczony. W jeden z poniedziałkowych
wieczorów siedział w kajucie i przeglądał mapę południowego wybrzeża Anglii. Wyspa Wight.
"Tak, to będzie dobre miejsce." - pomyślał głośno, planując następny przystanek.
Jeszcze kilka sierpniowych dni w Brighton. Potem kilka miejsc wzdłuż wybrzeża i pora
wracać do Arcachon. W tym roku wcześniej niż zazwyczaj.
Wstał, żeby zrobić sobie herbatę. Przy okazji włączył radio. Uśmiechnął się słysząc fragment piosenki. 'Angels on my radio...'
Antoni nucił refren kiwając głową w rytm muzyki. Gdy wybrzmiał ostatni takt usłyszał
znajome : "Welcome to Radio Reverb" i dalej :
"Naszym dzisiejszym gościem jest Antonia Redding...
"Słucham?" - zapytał głośno Antoni, ale prezenter nie powtórzył . Za to Antonia opowiadała
o swojej muzyce.
Następna piosenka - 'Write my Name'.
"Ta piosenka jest odzwierciedleniem mojego życia" - głos Antonii brzmiał szczerze
i zwyczajnie - "Pewnych zdarzeń nie sposób sobie wytłumaczyć. Pozostają zranienia.
Uzdrawianie traumy jest długim procesem. Każdego dnia, krok po kroku odbudowuję
swoje życie i znajduję powody, by żyć w zdrowiu i radości."
Antoniego zamurowało. Sam nigdy by tak tego nie nazwał, ale te słowa mogłyby być
jego własnymi, gdyby... dotarł do głębi swego smutku.
"To moja piosenka" - powiedział i zamyślił się. Bluegrass z południowej Anglii.
Tak to sobie nazwał.
"No nie. Przecież muszę się z nią spotkać. Jeszcze w tym tygodniu " - postanowił  -
"Póki jestem w Brighton. Kto wie gdzie będę w przyszłym roku." 
Roześmiał się, bo przyszło mu na myśl, że gdyby Gienia tu była, już dawno zadzwoniłaby
do radia i umówiła się na wywiad z Antonią. Antoni nie miał zamiaru przeprowadzać wywiadu. Chciał tylko spędzić miłe popołudnie ze swoją imienniczką.
..."Na werandzie opuszczonego domu, spotykamy się, by smakować herbatniki i rozmawiać
przy herbacie o dawno minionych dniach..."
Spotkać się na 'cup of tea'. Dowiedzieć czegoś o sobie...
Antoni wiedział, że wreszcie spotkał osobę, której może opowiedzieć o starym, dawno
porzuconym domu wśród drzew. O bólu, cierpieniu, niepogodzeniu oraz prawdziwym, uzdrawiającym spotkaniu z samym sobą.
Znalazł jej numer telefonu i zadzwonił. Nie odebrała, ale oddzwoniła następnego dnia.
Była mile zaskoczona i przystała na propozycję Antoniego.
Zasugerowała francuskie bistro w Rottingdean jako najdogodniejsze miejsce dla obojga.
"W połowie drogi" - wyjaśniła.

 Antoni znał to miejsce. Odwiedził je jakiś czas temu i zdążył poznać Franka, właściciela
bistra. Było tu rzeczywiście trochę tak jak po drugiej stronie Kanału. Swobodna atmosfera
i dobre jedzenie. No i łatwo trafić, jak do każdego miejsca w Rottingdean.
Postawił rower przed wejściem.

  Antonia postawiła rower bliżej chodnika. Popatrzyła na kwiaty w donicach i poobrywała
zeschnięte liście. Przez szybę zobaczyła Petera, który stał przy barze i rozmawiał z Frankiem. Ucieszyła się. Tym bardziej, że nie spodziewała się, że go dzisiaj spotka. Od wtorku myślała
o dziwnym zbiegu okoliczności, który sprawił, że oto za chwilę spotka się z mężczyzną
o tym samym co ona nazwisku i męskiej formie jej imienia. Zabawne.
Powinien już tu być o ile przyszedł punktualnie.
Weszła do środka. Kilka osób przy stolikach, pies leżący na podłodze i Frank z Peterem.
Kiedy stanęła w drzwiach panowie przerwali rozmowę i popatrzyli w jej stronę. I wtedy
oniemiała. To nie był Peter. Mężczyzna był do niego łudząco podobny.
Frank, który wiedział w czym rzecz i wiedział, że po jego słowach Antonia będzie jeszcze
bardziej zdziwiona, powiedział głośno :
"Antonia właśnie przyszła". I przedstawił ich sobie : "Antoni  -  Antonia".
Uśmiechając się patrzył na konsternację Antonii.
"Frank" - odezwała się na wstępie - "No powiedz sam, mam prawo być zaskoczona, prawda?" 
Frank pospieszył z wyjaśnieniem :
"Antoni, nie mówiłem ci tego wcześniej, ale jesteś podobny do naszego przyjaciela Petera.
Antonia prawdopodobnie wzięła cię za niego i dopiero gdy odwróciłeś się do niej, zdała sobie
sprawę z pomyłki. Stąd to zaskoczenie."
Antoni przyglądnął się Antonii.
"Czyli zaskoczenia nie są nam obce." - powiedział - "Możesz wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy usłyszałem twoje nazwisko w radiu. W dodatku okazało się, że to o czym śpiewasz
jest mi takie znane."

Usiedli w kącie sali przy oknie. Początkowo rozmowa nie kleiła się. Antoni nie należał do gadatliwych a w sytuacjach, kiedy miał dużo do powiedzenia, trudno było mu sklecić sensowne zdania. W życiu pełnił zazwyczaj rolę słuchacza. W dodatku obawiał się, że Antonia zaraz sobie pójdzie pod byle jakim pretekstem.
"Pewnie ma małe dzieci  i cały dom na głowie" - pomyślał.
Antonia miała nieco większe dzieci, męża, psa i kota ale nie na głowie tylko w domu. A teraz
miała czas dla Antoniego. Z przyjemnością popijała herbatę siedząc z nim w kącie sali
przy oknie, w restauracji swojego przyjaciela Franka. Poza tym lubiła ludzi i była naprawdę zainteresowana życiem Antoniego.
"Przyjechałam rowerem" - powiedziała wskazując za okno - "Zazwyczaj stawiam go przy
wejściu ale tym razem ktoś mnie uprzedził."
"Chyba ja" - przyznał się Antoni - "Nie wiedziałem, że to twoje miejsce."
"Dzisiaj nie dokonałam rezerwacji" - uspokoiła go Antonia i zapytała - "Jak długo jesteś
w Brighton?"
Antoni zastanowił się. Jak długo?
"Od maja" - powiedział - "Właściwie z przerwami... Płynąłem wzdłuż wybrzeża, zatrzymując
się w kolejnych portach po kilka dni. Do niektórych z nich zawijam ponownie, tak jak teraz do Brighton. Zimę spędzam na lądzie. We Francji. I tak sobie żyję, odkąd jestem emerytem."
"To znaczy, że nie sadzisz pomidorów i sałaty" - stwierdziła Antonia.
Antoni zamilkł.
"Kiedyś sadziłem" - wyznał po chwili. Antonia wyczuła, że dotknęła zbyt czułej struny. Ale
nie chciała zmieniać tematu. Może jest to czas na wspólne milczenie. Może na mówienie
i słuchanie. Nie jej o tym decydować.
"To, co mówiłaś w tej audycji. O życiu, o powracaniu do życia po traumie. Nie wiem jak to powiedzieć..."
Antoni zamilkł na kilka chwil, po czym dodał :
"Potrafiłaś to wyśpiewać, nadać formę, przekazać. Ja tego nie potrafię."
Antonia patrzyła na jego bezradny uśmiech i wiedziała o czym mówi.
"Minęło sporo czasu zanim to mogłam wyśpiewać" - przyznała - "Pewnego dnia budzisz się
i wiesz, że już nie potrzebujesz tarzać się w bólu i cierpieniu. Celem życia jest życie, więc
przeżyj je, korzystając z możliwości jakie ci daje."
"Tak" - przyznał Antoni - "Teraz to wiem. Tylko sporo czasu mi to zajęło."
Milczeli oboje.
"Gdybym wiedział o tym wcześniej tak jak teraz to wiem..." - zaczął
"O czym?" - zapytała Antonia
"Że można kochać siebie tak, jak ukochaną osobę, psa czy miejsce... Doceniać siebie.
Cieszyć tym, co się robi..."
"To co?" - Antonia chciała wydobyć to z niego.
"Nie byłoby tego całego obrażania się na siebie i świat. Niektórzy twierdzą, że wszystko
dzieje się po coś...  Ale i tak uważam, że to trochę za długo trwało" - dodał pewny swego.
"A skąd to wiesz?" - zapytała Antonia. Popatrzyli na siebie i zaczęli się śmiać się
sami z siebie.

                                                       kolejny odcinek w NIEDZIELĘ
                                                       25 stycznia 2015

                                                       z a p r a s z a m
      
 

London Philharmonic Orchestra



London Philharmonic Orchestra
w Brajtonie. Oczywiście w sali koncertowej Brighton Dome.

W programie
Humperdinck Prelude, Hansel and Gretel
Chopin Piano Concerto No. 2
Dvořák Symphony No. 8


Rory Macdonald dyrygent
Lambis Vassiliadis piano
http://www.reverbnation.com/lambisvassiliadis

 
No i gdzie zachwyty, ochy, achy i egzaltacje?
Nie ma. Jeszcze jeden dowód na to, że punkt widzenia zależy
od punktu siedzenia. Siedzenie było średnio wygodne ale
normalnie nie ma to żadnego znaczenia. Jest muzyka,
jest nastrój i zachwyt. Tym razem nie było nastroju.
Tego wewnętrznego, mojego. Nie chciało mi się wychodzić
z domu. Bo zimno i ponuro i nie do wychodzenia. No dobrze,
może Chopin pomoże. Ale nie pomógł, bo wszystko
było nie takie. Nie ten koncert, nie ten pianista.
Mimo, że przyjęty entuzjastycznie przez publiczność,
dla której, ku jej zaskoczeniu zagrał na bis długi,
pełen wirtuozerii utwór. Ja wolę Chopina w wykonaniu
uczestników Konkursu Szopenowskiego.
A tu za dużo perfekcji, dojrzałości i profesjonalizmu.
A potem symfonia Dvořák'a, zbyt słowiańsko-wiedeńska.
Przydługa i strasznie mieszczańska.
I taki to efekt wysłania malkontentki na koncert.
 
Poza tym koncert był świetny, sala pełna, entuzjazm
i zachwyt widowni wyrażany aprobującymi okrzykami
 i brawami.
 
 

Friday, 16 January 2015

POGODA w Brighton



O pogodzie w Brajtonie w końcówce grudnia i pierwszych dwóch tygodniach
stycznia.

W ogólnym zarysie deszczowo. Temperatury ok. 10'C, zdarza się, że rano ok.7'C.
Odczuwalnie różnie.


Bywa, że mocno wieje. I mocno pada. Potem trochę słońca. Spokój. Lekki wiatr
i mżawka. Albo mocniejszy wiatr, potem bardziej porywisty i pół deszczowego dnia.
I jak to w styczniu dzień nieco dłuższy. Około 9 rano wschód słońca nad morzem


W moim ulubionym, codziennie mijanym Dyke Road
parku sennie. Profesjonalnie przycięte jesienią róże
(w czym brałam udział) czekają na swój czas.



Szaro, żeby nie dodać 'buro'.
i od czasu do czasu trochę słonecznie.




Sunday, 11 January 2015

Casa Gracia. BARCELONA


Casa Gracia to nazwa hostelu przy Passeig de Gracia, gdzie znalazłam swoją przystań
w Barcelonie.
To właśnie ten oto budynek :
O wyborze zadecydowała cena
(70euro za cztery noce w kilkuosobowym pokoju wprawdzie, za to w miłym czteroosobowym
towarzystwie) oraz bardzo dobra opinia internautów. Okazało się, że lokalizacja świetna,
wnętrze stylowe, obsługa miła, kuchnia świetnie zorganizowana ( do dyspozycji gości
od rana do wieczora), czysto, bezpiecznie, w cenę wliczone śniadania.



Poza tym każdego wieczoru koncert. Było to dla mnie wisienką na katalońskim torcie.
Bo muzycy jak najbardziej barcelońscy, mimo różnych krajów pochodzenia.
Pierwszego wieczoru jam pod przewodnictwem Ludovico Hambravella (niestety nie
znalazłam niczego w internecie na jego temat, być może przekręciłam jakąś literkę, a może
artyście bardziej zależy na sztuce niż reklamie).
Ludovico śpiewał i stepował, pozostali muzycy improwizowali, wszyscy świetnie się bawili,
a uwaga skupiona była na saksofonistce o słowiańskiej urodzie, pochodzącej z Ameryki
Południowej, Ma(r)lenie. Zresztą pojawiła się ona również następnego dnia w nieco innym
składzie, z równie ciekawymi muzykami. Wracając jednak do stepującego Ludovico.
Kiedy po chwili dołączył do niego, stojący dotąd na uboczu kolega, zaczęło się.
Kolega o słowiańskim imieniu Ivan, cały był tańcem. Sprawiał wrażenie, jakby jego stopy
prowadziły miłosny dialog z podłogą, unosząc Ivana kilka milimetrów nad ziemią.
Ivan był z jakiegoś innego wymiaru. Jak z obrazu Chagall'a. Wydawało się, że poza tańcem
nie istnieje.  Dziękując za entuzjastyczne brawa, składał dłonie w geście 'namaste' i płynąc
ponad ziemią, wycofywał się by znów powrócić i zachwycać.
Po przerwie kontynuowano koncert. Wszystkie stoliki były zajęte. Goście delektowali się
sangrią, kończyli albo zaczynali kolację, rozmawiali, fotografowali, i z zainteresowaniem
spoglądali na 'scenę'.
Wydawało się, że nic już nie zaskoczy. Tak się wydawało. Do momentu kiedy zabrzmiało 
tango. Może nie klasyka gatunku, ale jednak. Ludovico i Ivan zaczęli rozglądać się po
widowni, szukając partnerki do tańca. Ludovico wkrótce usunął się w cień, ustępując
miejsca (dosłownie, bo pomiędzy muzykami a najbliższymi stolikami mieściły się dwie
osoby) Ivanowi, który właśnie ją dostrzegł. Ją czyli tę właściwą, jedyną z którą zapragnął
zatańczyć właśnie teraz. Po prostu popatrzył na nią, i wtedy zaczął się ten taniec. A ona
wstała i jak zahipnotyzowana podeszła do niego. Spotkali się dokładnie w pół drogi,
bowiem on też podążał w jej kierunku. To nie były żadne odległości. Krok, może dwa
dzieliły ich od siebie. Oddali się sobie z miłością jaką matka przytula niemowlę. I oboje
byli tym samym. Nigdy nie myślałam, że tak można tańczyć tango. Bez emocjonalnej
szarpaniny, bez wyćwiczonych, popisowych figur i dramaturgii rodem z mydlanej opery.
Po prostu stali się tańcem. W tej chwili, będąc w muzyce, mając niewielki kawałek podłogi
i siebie. Kiedy skończyli, każde z nich oddaliło się do swoich miejsc. Ona usiadła przy
stoliku, by pozostać do końca koncertu. On pozostał z boku, by wkrótce jeszcze raz
zatańczyć przed końcem, zanim muzycy rozejdą się do domów.

Tak, też się nad tym zastanawiałam. Czy to było wyreżyserowane?
W pewnym sensie. Tancerze znali się. Ale muzycy byli zaskoczeni. Nawet Ludovico
przed ostatnim utworem dziękując i przedstawiając wszystkich uczestników wydarzenia,
nie znał jej imienia. Ivan musiał podpowiedzieć, że to Katrina.


Wracając jeszcze do początku koncertu.
Po dwóch pierwszych utworach, muzycy oddali głos autorce książki,
bowiem przewidziany był mini wieczór autorski.
Rosa Maria czytała fragmenty, nagradzana brawami i wyrazami sympatii.
Z Ludovico właśnie się poznali i wyrazili publicznie uznanie i podziw
jaki żywią do siebie nawzajem. Chyba się polubili :)

                                    
                                         Ludovico Hambravella and Rosa Maria Vargas
                                         w Casa Gracia w grudniu 2014
                                         (oboje fragmentarycznie z przyczyn technicznych)


Książka 'Palabras de angel', której fragmenty autorka osobiście czytała
podczas tego wieczoru. A tu można ją zobaczyć w studio radiowym :
                                       https://www.youtube.com/watch?v=UHYAVAIGfSU

Następnego wieczoru miał miejsce występ tych oto panów:


Gianni Schiame z Italii śpiewał covery w języku angielskim. Towarzyszył mu
Nico na gitarze basowej, a po jakimś czasie dołączyła do nich Ma(r)lena
z saksofonem. Jednak po godzinie, być może w wyniku gorącej atmosfery
struna gitary basowej zerwała się, co uniemożliwiło kontynuację koncertu.
Muzycy przeprosili, podziękowali i tak zakończył się ten tak dobrze
zapowiadający się wieczór.
https://pl-pl.facebook.com/media/set/?set=a.68363083203.73033.51374153203

A w poniedziałek 29 grudnia śpiewał i grał Brazylijczyk Luiz Mura.
Kupiłam nawet jego CD, bowiem była taka sposobność.
Luiz nie ukrywa się i można go znaleźć na YouTube :
https://www.youtube.com/watch?v=9Cy_3iDYHwY