Saturday, 28 February 2015

Pogoda w Brighton.



 O pogodzie w Brajton w ostatnim tygodniu lutego 2o15 roku.



Po słoneczno-deszczowym łikendzie, poniedziałek wyjątkowo chłodny. Rano 5'C
Wtorek cieplejszy, ok.9'C. Środa całkiem przyjemna 11'C i bezwietrznie.
Czwartek deszczowy. Piątek mżawkowaty, plus poranne i wieczorne mgły.




Sobota deszczowa. Ok. 9'C
O  dwóch tygodni oprócz przebiśniegów można podziwiać krokusy. Kwitną też
pierwiosnki i pojawiają się żonkile. Również te różowe kwiaty (fot. powyżej),
znane mi z Polski. Niestety nie znam nazwy.



Nie znam również nazwy tego krzewu (fot. poniżej), niekiedy udającego drzewo.
Dość popularny, o egzotycznej urodzie, kwitnie cała wiosnę, począwszy
od połowy lutego.

A ze znanych wszystkim krzewów, pierwszy przebudził się pigwowiec.



ROTTINGDEAN. The Church of St.Margaret.





Kościół Św. Małgorzaty znajduje się w najstarszej części Rottingdean, w miejscu
wcześniejszej, powstałej prawdopodobnie w XIII wieku, świątyni.
Jego replikę można zobaczyć w Forest Lawn Memorial Park, Glendale, California.
(Niestety nie mam fotografii:)
Natomiast na zdjęciu powyżej widoczne jest wejście do kościoła otoczonego cmentarzem-
ogrodem.




Wśród drzew, kwiatów i ziół, znajdują się stare nagrobki. Ze znanych osób spoczywają tu
między innymi William Blake oraz Gary Moore.



 

Poszczególne części ogrodu poprzedzielane są kamiennymi parkanami, z otwartymi
łukowatymi (formą nawiązującymi do bramek), przejściami, prowadzącymi do kolejnych
jego zakamarków.


A oto fasada i wejście główne (poniżej) do kościoła.
Kościół zdobią również piękne witraże, których autorem jest dziewiętnastowieczny
malarz związany z ruchem prerafaelitów,  Edward Burne-Jones.
Jako właściciel letniego domu w Rottingdean,  bywał on w tym miasteczku.
Mieszkał tu również przez krótki czas jego siostrzeniec ( a właściwie siostrzeniec
jego żony) Rudyard Kipling, ale o tym w innym poście.


http://en.wikipedia.org/wiki/Rottingdean

Wednesday, 25 February 2015

ROTTINGDEAN. A coastal village.





ROTTINGDEAN jest nadmorskim miasteczkiem położonym 13 min. jazdy samochodem
na wschód od Brighton. Lubię to miejsce z kilku powodów. Po pierwsze, jest urokliwe,
z zachowanymi budynkami z XVI wieku, niewielkie i w jakiś sposób hermetyczne. Po drugie,
w każdy poniedziałek w miejscowym Village Hall tańczymy 5Rhythm Dance z Nedą Nenadic.
Po trzecie wreszcie, jest to miejsce spotkania dwojga Reddingów : Antoniego, który
przypłynął do Brighton z francuskiego Arcachon, i Antonii, mieszkającej w sąsiednim
Saltdean, a związanej z Brighton i Rottingdean.


Pierwsza wzmianka o, jak wówczas pisano Rotingeden pochodzi z 1086. Na przestrzeni
wieków nazwa miasteczka ewoluowała, by poprzestać na obecnej formie.
Przez kilka lat mieszkał tutaj Rudyard Kipling. Obecnie, można spacerować po nieco
tajemniczym ogrodzie Kipling Gardens.


Miasteczko, liczące obecnie ok.2,500 mieszkańców, przyciągało wiele znanych i mniej
znanych osób. W XIX wieku przebywał tu malarz Edward Burne-Jones. Witraże według
jego, oraz innych prerafaelitów projektów, zdobią kościoły m. in w Brighton i samym
Rottingdean


Miejscowa społeczność również w widoczny sposób zainspirowana jest urokiem
i historią miasteczka. Działa tutaj teatr, organizowane są wystawy, coroczny konkurs
poetycki, jest ciekawa Open Art. Gallery Cafe, tuż obok można posilić się 'chez Frank',
czyli u Franka w Bistro Gourmand, gdzie spotkali się Antonia i Antoni (bohaterowie
'Bluegrass').


Jest też sklep z antykami, knajpka, w której rozbrzmiewa jazz, dwa lub
trzy, tak charakterystyczne dla Anglii 'charity shops', 'Smugglers' czyli popularne
'Fish and Chips' (nazwa nawiązuje do do czternastowiecznej historii, związanej z
przybyciem piratów z niedalekiej Francji, albo jakąś inną historią, nie jestem pewna:),
oraz kilka pubów i kafejek.





No i jeszcze kamieniste wybrzeże, ścieżka rowerowa do Brighton i sporo innych historii,
których niestety nie dane mi było poznać.










Sunday, 22 February 2015

POGODA w Rzeszowie



How's the weather here?
Tym razem tutaj, oznacza Rzeszów.


Od 16.o2  do  2o.o2.2o15
wyraźnie wiosennie.
Słonecznie, co przy zamarłej jeszcze zimowo przyrodzie, szczególnie widoczne.
Zaczyna się 'ciepłe niebo', ale 'zimna ziemia' mocno jeszcze trzyma.
Z kwiatów dostrzegłam przebiśniegi w zaprzyjaźnionym ogrodzie. Temperatury
znam jedynie ze słyszenia. 0'C nad ranem na początku tygodnia, w ciągu dnia ok. 6'C.
Słyszałam coś o kilkunastu bliżej końca (odczuwałam to wyraźnie, bo czapka poszła
w odstawkę:)
Idzie wiosna. Niedługo obudzą się bobry w Mójce, i wyruszą na poszukiwanie czosnku
niedźwiedziego, ptactwo zagłuszy szum samochodów, pierwsze wiosenne
deszcze dadzą powody do narzekania, i trawa się zazieleni. Dłuższe dni, dłuższe łikendy,
Święta i po świętach.
Jak co roku.
                                          Zamek Lubomirskich w Rzeszowie
                                          (obecnie budynek Sądu)

                                                             III LO im. C.K.Norwida
                                                           (widok od strony Wisłoka)

                                                             
                                                       Most Zamkowy na rzece Wisłok
                                              a w głębi most łączący szpital przy Szopena
                                                          z przychodnią na Warzywnej,
                                  ze względu na kolorowe oświetlenie zwany Tęczową Kładką
                                    (ja ze względu na tęczowy zestaw kolorów kojarzący mi się
                               z jedną z dzielnic Brajtonu, nazywam go Mostkiem Gejowskim).
                                        
                                      



Saturday, 14 February 2015

'BLUEGRASS'. Fragment Trzynasty. Ostatni


     'XXXVII'
  
     W niewielkim pomieszczeniu Biura Nieruchomości  'Bryson and Sons' z trudem mieściły
się trzy  biurka. Dwa z nich stały puste. Za trzecim zasiadał Bryson. Synowie byli w terenie (cokolwiek to znaczyło). Mimo, że nic się nie działo, Bryson często zostawał dłużej z nadzieją,
że jakiś spóźniony klient da mu zarobić. Zazwyczaj gapił się w ekran komputera sprawdzając
kursy walut i ceny akcji. Nudę przegryzał czipsami i orzeszkami. I tak jak przewidywał, (mimo,
że miał nadzieję, że będzie inaczej) nic się nie działo. Toteż mocno się zdziwił, gdy w drzwiach zauważył Stevena.
"Witaj chłopie" - ucieszył się na jego widok - "Przychodzisz w interesach?" - zażartował
"Zgadza się" - odpowiedział Steven
"Kupno? Sprzedaż?" - Bryson nie traktował odpowiedzi Stevena poważnie -
"Interesy w takich czasach? Chłopie, mówię ci jak bratu, nie ryzykuj"
"Wynajem" - spokojnie odpowiedział Steven
"Potrzebujesz garażu dla twojego grata? No, chyba że kupujesz nowszy model..."
"Bryson, jeżeli nie zaczniesz traktować mnie poważnie, pójdę do konkurencji" -
kiedy Bryson usłyszał te słowa, przypomniał sobie, że jest w biurze. Wstał zza biurka i podając
rękę powiedział :
"No co bracie, na żartach się nie znasz? Przecież wiesz, że załatwię ci co chcesz.
Więc co to ma być?"
"Chcę ci zlecić wynajem mojego mieszkania. Sprawdź człowieka. Stałe zatrudnienie, rzetelne referencje. W umowie zastrzeż, że Agencja sprawdza stan mieszkania co pół roku i dopiero
po sprawdzeniu przedłuża umowę. Wierzę w ciebie, bo masz nosa w tych sprawach i wiesz,
o co mi chodzi. No i mam nadzieję, że nie policzysz mi zbyt drogo." - zakończył Steven.
Bryson pomyślał.
"Usiądź proszę" - powiedział do Stevena.
Sam wrócił do komputera i zaczął wystukiwać coś na klawiaturze.
"No dobrze. Od kiedy i na jak długo?" - zapytał przyglądając sie bacznie Stevenowi.
"Od zaraz. Czas nieokreślony" - odpowiedział Steven
"Okey. Powiem chłopakom żeby się rozejrzeli. A tak między nami, co się stało?" - zapytał
nie kryjąc zdziwienia.
"Chcę wyjechać na dłuższy czas. Kanada. Mam dosyć siedzenia w jednym miejscu. Myślę,
że dobrze mi to zrobi." - słysząc swoje słowa wypowiedziane głośno Steven wiedział,
że podjął właściwą decyzję. Bryson ze zrozumieniem pokiwał głową.
"Podaj mi adres. Kiedy będziesz w domu, żeby chłopak porobił zdjęcia?" - zapytał
"Może być jutro. Wystarczy, że zadzwoni godzinę przed. Będę cały dzień w domu." -
zdecydował Steven
"Przy okazji" - przypomniał sobie - "Garaż też jest do wynajęcia"
Bryson wstał i podajac rękę na pożegnanie powiedział :
"No chłopie, gratuluję. I trochę ci zazdroszczę. Nie martw się mieszkaniem. Załatwię to tak,
żeby było dobrze."
"Dzięki Bryson. Wiedziałem gdzie przyjść" - uśmiechnął się Steven
"Zawsze do usług. No, ale jakieś pożegnanie w 'Carpe Diem' chyba będzie?" - w jego pytaniu
nie było wątpliwości
"No jasne. Tylko nie rozgłaszaj na razie tej nowiny." - zaznaczył Steven
Steven wrócił do domu i trochę się przestraszył. Nie swoim wyborem. Co do  tego nie miał wątpliwości. Przeraziło go porządkowanie domu przed wyjazdem. Oczywiście zamówi kogoś
do sprzątania, ale wcześniej sam musi przejrzeć te wszystkie graty. Uzbierało się tego przez kilkadziesiąt lat. Dobrze, że życie zmusiło go właśnie teraz do porządkowania. Jeszcze trochę
i nie chciałoby mu się palcem kiwnąć, żeby coś zmienić.  Rozejrzał się po ścianach. Trzeba
będzie pomalować. Szafa, biblioteka... Czas na porządki. Sięgnął po długopis i kartkę papieru. Bryson odfajkowany. Dobrze. Teraz ubrania. Steven przypomniał sobie, że zna jednego gościa
ze Stowarzyszenia Wspierania Weteranów. Równy chłop. Spotykał go czasem w 'Carpe Diem'.
Nie pamięta wprawdzie jego imienia, ale to nie problem. No to też załatwione.
Książki, stare gazety, notatki... Po co to komu teraz? Z drugiej strony trudno jest mu się z nimi rozstać. Steven uwielbiał antykwariaty, księgarnie, pchle targi. Kupował książkę, i potem, kiedy odkładał ją na półkę myślał, z jaką przyjemnością sięgnie po nią po latach. Na emeryturze.
Kiedy czas się zatrzyma. I będzie go bardzo, bardzo dużo... Zaśmiał się sam z siebie. Ach, te złudzenia... Skąd to się bierze? Chyba z uciekania od teraźniejszości. Czasu jest coraz mniej.
I nigdy nie wiadomo, kiedy się skończy.
"Dobry Boże, jakie to szczęście, że w porę to zauważyłem" - pomyslał Steven z wdzięcznością.
Tak, z książkami nie będzie problemu. posegreguje według tematów (tak chyba będzie
najprościej), zostawi tylko swoje materiały do nigdy nienapisanych książek. Dobrze, że ma niewielkie pomieszczenie gospodarcze na strychu. Też zresztą do posprzątania. To będzie jego przechowalnia. Popyta znajomych bibliotekarzy. Niech przyjdą, zobaczą, na pewno znajdą coś,
co im się przyda. Przypomniał sobie o znajomym, który handluje starociami na kiermaszach...
"No dobrze" - Steven włączył światło. Był tak pochłonięty, że nie zauważył, kiedy zaczęło się ściemniać. Poczuł głód, poszedł do kuchni, włączył piekarnik i zajrzał do lodówki. Wyjął
zamrożoną pizzę. Może być. Musi pomyśleć o zdrowszym odżywianiu. Nie chodzi o gotowanie,
bo i tak je na mieście, ale jakieś suplementy, zioła...Zioła. Przypomniał sobie Ritę. Jedyną
kobietę, za którą naprawdę tęsknił. I jedyną, która, jak mu się wtedy wydawało miała nad nim władzę. Jak głupio wtedy myślał. Świat był dla niego polem walki. I z tej pozycji określał rzeczywistość. Nie rozumiał czym jest moc. Widział niszczącą siłę. Nie rozumiał czym jest
otwartość i szczerość. Widział zagrożenie. A Rita... nie uznawała takich gierek.
Po rozstaniu z Bobem postanowiła, że w jej życiu skończył się czas kompromisów i ustępstw.
Rozwód Rity i Boba nie tylko dla Stevena pozostawał zagadką. Nie kłócili się i, z tego co
wiedział nie zdradzali. Po prostu, stare dobre małżeństwo. Więc o co chodziło? Nuda? Zobojętnienie? Głupi ten Bob. Steven nigdy nie pozwoliłby odejść takiej kobiecie. Tak wtedy
myślał. Do czasu. Tak to jest. Jak mawiał jego ojciec : "Cokolwiek zrobisz, źle zrobisz". Mało motywujące, trzeba przyznać. Chyba, że poparte inną mądrością : "Jeszcze nigdy tak nie było,
żeby jakoś nie było." To brzmi bardziej optymistycznie. Życie się toczy... I cóż, zawsze 'jakoś
jest'. Właściwie sama podróż nie jest wielkim wyzwaniem. O Kanadzie myślał całe lata. Nawet
nie zdawał sobie sprawy, że przygotowywał się do wyjazdu. Rzucił okiem na mapę. Jego wzrok powędrował na skraj wschodniego wybrzeża. To jest właśnie to miejsce.
Wieczorem sprawdzi połączenia lotnicze do Halifaxu. A za miesiąc opuści Albuquerque.


    'XXXVIII'
 
    Antoni chciał wykorzystać ostatnie, ciepłe dni lata. Podążał plażą w kierunku Hove. W stronę zachodzącego słońca. Od mola dzielił go niewielki kawałek drogi. Plaża była pusta. Usiadł na kamieniach i zapatrzył się w morski horyzont. Zamknął oczy. Uderzające o brzeg fale, zagłuszały odgłosy miasta. Ciepło kamieni i ciepło promieni słońca.
"Jaki to dobry czas." - przemknęło mu przez myśl. Trwał tak, aż z tego stanu wyrwał go głos dobiegający z oddali :
"Hello Peter! Nie spodziewałam się, że cię spotkam w tym miejscu."
Antoni znał już to imię.
"Wszystko wskazuje na to, że mój sobowtór jest znaną osobistością"- pomyślał i odwracając sie
za siebie odpowiedział : "Hello!"
Zauważył, że śmieje się do niego pięknie opalona brunetka. Machała do niego obiema rękami, a kiedy zauważyła swoją pomyłkę, nie wydawała się ani trochę zakłopotana.
"Właśnie zauważyłam, że nie jesteś Peterem. Peter nie przyszedłby tutaj. Chociaż nigdy nic nie wiadomo. Ale miło cię poznać. Jak masz na imię?" -  zapytała siadając obok niego.
"Antoni. Mnie również" - odpowiedział. I pomyślał :
"W Brajtonie są same zastanawiające kobiety..."
"Mam na imię Neda. Często tu przychodzisz?" - zapytała zaciekawiona.
Antoni zastanowił się : "Co masz na myśli mówiąc 'tu'? Marinę czy plażę?
"Tu. Dokładnie tutaj" - odpowiedziała Neda wskazując na tablicę informacyjną. Antoni zdziwił
się. Jakoś jej nie zauważył. A było to dość trudne, bowiem stała w tak widocznym miejscu,
że nie sposób było ją przeoczyć. Nad logiem Brajtonu widniał wyraźny napis : 'Boundary of
Naturist Beach'.
"No to co, rozbieramy się?" - Antoni nie spodziewal się takiego pytania. Ale Neda uspokoiła go :
"Ja już skończyłam pływać. A ty pewnie nie możesz się zdecydować"
Antoni był równie zakłopotany, co rozbawiony tą sytuacją. Odpowiedział więc :
"Dużo się w życiu napływałem i nie przepadam za morskimi kąpielami. Woda nie jest moim żywiołem". Neda przyglądnęła mu się badawczo. Coś ją zaintrygowało w tej wypowiedzi, bo zapytała : "W takim razie co tu robisz?"
"Rozmawiam z tobą" - Antoni dość precyzyjnie odpowiedział na pytanie.
"To rzeczywiście miłe" - stwierdziła Neda - "Ale jestem ciekawa dlaczego twierdząc, że nie
lubisz wody, wpatrujesz się w jej bezkres".
"Bo lubię patrzeć" - odpowiedział
"No tak..." - zgodziła się Neda - "To jest powód. Lubisz poezję?"
Tym pytaniem ponownie go zaskoczyła. Czy ona jest dziennikarką? Czy z jego upodobania do świętego spokoju, wywnioskowała, że lubi poezję? Ach ta kobieca dedukcja...
"Właściwie pamiętam poezję jedynie z czasów szkolnych" - wyznał szczerze - "To znaczy nie
bardzo pamiętam...  Ale lubię jednego poetę. Pisał prozą. Był filozofem przedstawiającym świat
w bardzo poetycki sposób. Poza tym opatentował parę udoskonaleń lotniczych, co ma pewne znaczenie. Przez jakiś czas związany był z moim rodzinnym miastem i nosił to samo imię co ja."
"Antoni?" - Neda pospiesznie przejrzała w swej pamięci katalog znanych jej pisarzy i poza Czechowem nikt nie przyszedł jej do głowy.
"W oryginale Antoine de..." - podpowiedział Antoni a Neda celując w niego palcem natychmiast odgadła : "Mały Książę. Zgadza się?"
Antoni przytaknął. Neda przyglądała mu się przez chwilę i chciała zadać najpopularniejsze w Brajtonie pytanie 'skąd jesteś?', ale stwierdziła : "Jesteś z Francji."
"Tak. Konkretnie z Akwitanii" - odpowiedział Antoni, który nie przywykł do udzielania tylu odpowiedzi naraz. Zapytał więc : "Jesteś dziennikarką?"
"Nie, chociaż to niezły pomysł" - i uprzedzając jego kolejne pytanie dodała - "Tańczę."
Znowu go zaskoczyła. A może to jakaś metafora? Tak myślał, ponieważ nigdy nie spotkał żadnej tancerki, stąd jego wyobrażenie o tym zajęciu było bardzo nieprecyzyjne. Dlatego jedynym
pytaniem, jakie mu przyszło do głowy było : "Naprawdę?"
Neda przytaknęła : "Naprawdę. Taniec był we mnie od zawsze. Tańczyłam tyle lat...
Dopiero spotkanie z absolutnie niezwykłą, cudowną kobietą pokazało mi, że to Taniec jest nauczycielem. Słyszałeś o Gabrielle Roth?"
"Poetka?" - zapytał Antoni
"Też, ale przede wszystkim stworzyła Taniec 5 Rytmów. Kiedy o niej myślę, czuję taką wdzięczność..."
Antoni zauważył, że Neda ma łzy w oczach. Nie mogła opanować wzruszenia. Wierzchem dłoni ocierając  policzki i pociągając nosem, dała sobie parę sekund na opanowanie, po czym wzięła głęboki oddech. Łzy jeszcze nie obeschły, gdy powiedziała, uspokajając Antoniego :
"To nie menopauza". Roześmiali się oboje.
"Wiesz" - kontynuowała - "Czuję taką wdzięczność i szczęście. Wdzięczność za taniec, za życie,
za oddech. Za... - znowu musiała zrobić przerwę - Za głębokie odczuwanie...Nieograniczone tworzenie..." 
Mówiła z taką pasją i przekonaniem, że pociągnęła Antoniego za sobą. Podążał w rytm jej
opowieści. Zamilkła na chwilę. Zapatrzyła się na mewy unoszone wiatrem i układając się
wygodnie na boku kontynuowała : "Tak. Jestem nauczycielką tańca, ale tak, jak ci powiedziałam,
to Taniec jest prawdziwym nauczycielem. Wyzwala w tobie pragnienie ruchu, ekspresji...
Prowadzi cię, a ty podążasz poddając się. Poddając, oddając, dając... istniejesz. Po prostu
tańczysz".  Antoni uśmiechnął się do siebie. Dla niego określenie  'po prostu' było zaklęciem odczarowującym wiele niemożności i fałszywych wyobrażeń. Kiedy nie wiedział co robić, lub
nie widział wyjścia z sytuacji i namęczył się z tym tyle, że już nie miał sił, robił coś 'po prostu'.
'Po prostu' podejmował decyzje. Rozstał się z Katrin, kupił łódkę, wybierał miejsca, w których
się zatrzymywał... A kiedy było logicznie i zdroworozsądkowo... wolał nie pamiętać.
Słowa Nedy przypomniały mu to, o czym przecież wiedział od lat.
"Po prostu tańczysz..." - powtórzył - "Właśnie uświadomiłaś mi coś bardzo ważnego, kiedy to powiedziałaś.
Kiedy działasz 'po prostu' jest przepływ, jest przyzwolenie na 'dzianie się'. I dzieje się.
"O to właśnie chodzi." - potwierdziła Neda -  "Nie uczysz się kroków ani choreografii. Pozwalasz.
Na spokojny oddech ciała, spokojne bicie serca. I znieruchomiałe zdziwienie umysłu."

Morskie fale wyrzucały drobne kamyki na brzeg. I wracały z powrotem, zabierając inne.
Idealna wymiana. Idealny rytm.
"Ufasz tajemnicy i cudowi tego wszystkiego" - dodała Neda w zamyśleniu  
"Tego wszystkiego, to znaczy... Życia?" - pomyślał na głos Antoni
"Tak. Temu wszystkiemu co życie przynosi.
Przerażenie, zachwyt... Nieustanną zmianę od dnia narodzin do chwili śmierci.
Widzisz, że jest to niekończący się twórczy proces i doświadczasz go. Nieustanne stawanie się.
Bycie człowiekiem."

 Antoni długo nie mógł zasnąć. Rozmyślał o ostatnich czterech miesiącach spędzonych
w Brajton. Tak, to był rzeczywiście piękny czas. Czas pożegnań. Za kilka dni opuści to miejsce
i powróci do swojego Arcachon. Odpłynie, by rozpocząć osiadłe życie. Zajmie się ogrodem.
Posadzi pomidory i sałatę. Udomowi się.
Sięgnął po książkę, którą zawsze zabierał w podróż. Dostał ją na osiemnaste urodziny od
swojego polskiego przyjaciela Antoniego.
"Miej serce i patrz w serce" - usłyszał wtedy - "Obyś nigdy nie ugrzązł w technokratycznym świecie."
Antoni spojrzał na okładkę. Antoine de Saint-Exupery 'Citadell'. Pierwsze wydanie,
z czterdziestego ósmego. To była jedyna książka tego autora, która nim zawładnęła.
Z osławionym 'Małym Księciem' nie czuł rezonansu. Pamiętał zachwyty Katrin nad głębią
przesłania tego utworu i jej zarzuty, że Antoni nie jest w stanie zrozumieć prawdziwej literatury.
A do Antoniego nie przemawiała taka forma i nie ukrywał swojej opinii. Sam małomówny lubił rozbudowane eseje. Rozważania, dygresje, wątpliwości.'Citadelle' była dla niego skarbcem.
'Od deski do deski' przeczytał ją tylko raz,  jeszcze w czasach studenckich . Od tego czasu
wiernie mu towarzyszyła. Zabierał ją ze sobą i otwierał na 'chybił trafił ', rozpoznając znane mu zdania i odkrywając je na nowo.
"Teraz nadszedł czas, żeby przeczytać ją raz jeszcze" - zadecydował. Teraz, to znaczy
po powrocie do domu.
"Do domu. Brzmi dobrze" - uśmiechnął się do siebie.
Musi odpisać Simone. Dostał od niej maila kilka dni temu. Rzadko się kontaktują, chyba, że
mają sobie coś ważnego do przekazania. Simone potwierdziła, że jej córka z rodziną zdecydowała
się zamieszkać w Nicei i Antoni może mieszkać w Arcachon do śmierci.
"Do śmierci. Nieźle brzmi. Mam motywację, żeby pożyć jeszcze jakiś czas, skoro trafił mi się
domek z ogródkiem" - pomyślał.
Zawsze lubił Arcachon. Teraz zauważył, że z każdym dniem myśli coraz cieplej o tym miejscu.

Simone zdecydowała się, że pozostanie w Kanadzie. Z Halifaxu, gdzie spędziła większość
dorosłego życia przeniosła się na północ Nowej Szkocji. Zbliżała się do siedemdziesiątki, 
i chciała połączyć przyjemne z pożytecznym. Przyjemnym było miejsce, które sobie wymarzyła. Wyspa Cape Breton i znajdujący się tam Park Narodowy. A ponieważ Simone była bardzo praktyczną osobą i mimo miłości do leśnych ostępów nie należała do odludków, wymyśliła sobie,
że jeszcze trochę popracuje. Jako księgowa znalazła kilka godzin w biurze dyrekcji Parku.
Jej marzenie sie spełniło. Żyła wśród gór, lasów i dolin. Ze skalistego wybrzeża mogła
podziwiać ogrom Atlantyku. Do Halifaxu nie było daleko. Jej towarzyski charakter sprawiał, że zawsze znajdowała się w centrum uwagi i szybko zyskiwała przyjaciół.
Teraz opisywała Antoniemu zdarzenie sprzed kilku tygodni, kiedy to będąc w Halifaxie
spotkała 'przeuroczych'  jak to zwykła określać, ludzi, państwa Reddingów. Mieli wspólnych znajomych, którzy zaaranżowali spotkanie, wiedząc, że Reddingowie pragną spędzić wakacje na Cape Breton. Zaprzyjaźnili się oczywiście (dla Simony było to zawsze oczywiste) i podczas
jednego z wieczorów zgadali na temat nazwiska.
Bob Redding nie słyszał nigdy o rodzinie we Francji, wiedział jedynie, że jeden z jego
stryjecznych dziadków wyjechał z Anglii by osiąść w Rodezji, stąd możliwe, że w obecnym Zimbabwe żyją jacyś jego potomkowie. Od swego ojca wiedział, że ich przodkowie przybyli
z angielskiego Glastonbury.

Simone ze swej strony mogła powiedzieć tylko tyle, co wiedziała od matki. Z ojcem nigdy
o tym nie rozmawiała, bo po prostu nigdy jej to nie interesowało. A potem, jak to zwykle bywa,
było za pózno. Matka wspomniała jej, że dziadek jej ojca pochodził z Anglii, ale poza nazwiskiem nie pozostało więcej powiązań z Wyspą. No i najważniejsze, (Simone byłaby zapomniała) Reddingowie planują podróż do Anglii i Europy na przyszłe lato. Gdyby Antoni nie miał nic
przeciw, mogliby przyjechać do niego, do Arcachon. Właściwie, to Simona już ich zaprosiła.
Są naprawdę czarujący. A poza tym, to przecież rodzina.
"Cała Simone" - Antoni nie był zdziwiony. Wszystko zorganizowała, przewidując nawet, że
Antoni spędzi następne lato w Arcachon czekając na kuzynów. Ucieszył się w duchu, że tym
razem ją zaskoczy. Odpisał więc, że cieszy się z tej wizyty, że oczywiście zajmie się Reddingami
z Halifaxu, zarezerwuje dla nich wygodny pokój w hotelu i pokaże wszystkie miejsca godne
uwagi. Nie napisał, że szykuje niespodziankę. Skoro Simone może, to on też.
Spojrzał na zegarek. Zrobiło się późno. To nic. Jutro zadzwoni do Antonii i opowie jej o swoim pomyśle. Ma nadzieję, że nie odrzuci jego propozycji. A nawet jeżeli, będzie miała prawie cały
rok na zmianę decyzji.
     'XXXIX'
    
     Po długiej rozmowie z Bobem Reddingiem, Steven odłożył słuchawkę i położył się na kanapie.
"Więc to wszystko takie proste?" -  zdziwił się patrząc w sufit.
Bob, ucieszył się, gdy go usłyszał. To prawda, długo nie mieli ze sobą kontaktu. Nie stało się to jednak przeszkodą do naprawdę ciepłej wymiany zdań.
'Co u ciebie?', 'Dobrze, że się odezwałeś', 'Oczywiście, że nie przeszkadzasz', 'Tak, ożeniłem się, mam cudowną żonę', 'Nie, nie mamy dzieci', 'Steven, to twój najlepszy pomysł! ', ' Naprawdę
żaden kłopot ', 'Przyjeżdżaj '.
"Więc to takie proste?" - powtórzył niedowierzając.
Fakty wskazywały na to, że tak. Kilka lat temu Bob przeprowadził się z zachodniej Kanady do Halifaxu. Steven nie wiedział o tym i było to dla niego prawdziwą niespodzianką. Potraktował to jako znak, że podąża  w dobrym kierunku. Kupując bilet i wybierając Nową Szkocję nawet przez myśl mu nie przeszło, że może tam spotkać kogoś znajomego.  A tu Bob, przyjaciel z dawnych czasów. Nie widzieli się tyle lat. Obydwaj bardzo się zmienili. I tak samo cieszyli na to spotkanie.
Steven spojrzał na zegarek. Jedenasta. A, niech to... W Halifaxie jest teraz druga po północy!
Obudził Boba a ten nawet mu o tym nie wspomniał. Chyba naprawdę się ucieszył...
Dawno nie czuł się tak dobrze. Nie chciało mu sie spać. Mógłby pomyśleć, że ciśnienie mu
skoczyło, gdyby nie lekkość i dobre samopoczucie, jakiego dawno nie doświadczał.
"Może to tak przed śmiercią?" - przyszło mu nagle do głowy. Przypomniał sobie jedną z ciotek,
która odkąd pamiętał, narzekała na złe samopoczucie. Była przy tym bardzo religijna i mówiła,
że cierpi dla Jezusa. Mieszkała w sąsiedztwie i często zaglądała do domu jego rodziców. Pewnego dnia, a był to piątek, przyszła wcześniej niż zazwyczaj. Steven miał wtedy kilkanaście lat i właśnie wybierał się do szkoły. Kiedy stanęła w drzwiach, kończył jeść śniadanie.Weszła do kuchni a on
od razu zauważył w niej jakąś zmianę. Nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie fakt, że nigdy za nią
nie przepadał. A teraz popatrzył na nią i powiedział : 'dzień dobry ciociu, miło cię widzieć'. Naprawdę ucieszył się,i sam się temu dziwił. Mama spojrzała na niego zaskoczona. A ciotka przytuliła ją i powiedziała : 'dobrze, że was mam'. Mimo zażyłości nigdy nie okazywała uczuć
w taki sposób. Powiedziała mamie, że zaplanowała dwa pracowite dni. Postanowiła wreszcie
zabrać się za porządki. Dzisiaj sprzątanie,jutro pranie. Piękna pogoda więc pójdzie gładko. A na niedzielę zaprosiła córki. Te dwie, które mieszkają niedaleko, bo tych ze świata nie będzie fatygować. 'Tak lubię tą waszą kuchnię', powiedziała do mamy. 'I ciebie kochana, zawsze robisz
mi taką dobrą herbatę', dodała.
Sprzątała przez dwa dni. W niedziele rano widziano ją jeszcze w kościele na pierwszym nabożeństwie. Po powrocie, powiedziała mężowi, że jest bardzo zmęczona i ten dzień spędzi w łóżku. Kiedy przyjechały córki, już nie żyła.
Jaka to dziwna historia.
Steven pomyślał teraz o tym inaczej. Jaka to dobra historia. W każdym razie nie ma co się
martwić na zapas. Ma bilet, ma Brysona który zajmie się jego sprawami w Albuquerque, ma
Boba w Kanadzie. Musi tylko jeszcze pożegnać chłopaków z 'Carpe Diem' , którzy dziwnym
trafem dowiedzieli się o jego zamiarach. I jeszcze... tu zawahał się przez chwilę. Tak. Zadzwoni
do Rity i poprosi o ostatnie spotkanie.

    'XL'

    Gienia kończyła szyć swoją nową sukienkę. Prosta, długa suknia w kolorze ciemnego wina.
Do tego szal we wschodnie esyfloresy. Włosy ufarbowała na swój naturalny, rudy kolor. No,
może jej naturalny jest nieco jaśniejszy. A może już wypłowiał od ciągłego farbowania?
W każdym razie był to jedyny sposób, na przeczekanie czasu, zanim wrócą do właściwej barwy.
Dwa dni temu spakowała buty, których już nie będzie potrzebować. 'Kopytka', jak mawiała Mocarelka dziwiąc się, po co Gieni buty na wysokim koturnie, skoro natura nie poskąpiła jej
przecież wzrostu.
"No właśnie, po co" - powiedziała Gienia wrzucając buty do dużej torby. Jutro zaniesie je do Czerwonego Krzyża, może się komuś przydadzą. Wyjrzała przez okno. Lubiła spoglądać na ludzi zajmujących górną platformę autobusu. Czasem ktoś się zagapił  i w tym zagapieniu omiatał wzrokiem gienine okno. Zdarzało się, że zauważał stojącą w nim Gienię. Częściej, firankę
poruszoną wiatrem. Jutro są jej urodziny. Umówili się z Paputkiem i Mocarelką na lampkę wina.
Dobrze jest świętować taki dzień z przyjaciółmi.

Antoni odpłynął do Arcachon. Do swojego domu. Podczas ich ostatniego spotkania długo rozmawiali. Antoni opowiadał jej o roślinach, które będzie sadził w swoim ogrodzie. O kwiatach, warzywach, odmianach porzeczek. Czeka go mnóstwo pracy. Jeszcze tej jesieni wyrówna teren, który zarosła trawa i posadzi cebulki tulipanów i krokusów. Powiedział też, że gdy tylko Gienia zmieni poglądy na temat podróżowania, może przyjechać do Arcachon.
"Wybrzeża francuskiego też dotyka Atlantyk" - zapewniał Antoni.
"A poza tym, jeżeli będziesz miała ochotę na cieplejsze Morze Śródziemne, możemy popłynąć
tam kanałem Du Midi. To naprawdę ciekawa trasa."
Gienia wiedziała, że 'Nil Desperandum' nie zawinie już do Brajtonu. Tej jesieni Antoni zamknął pewien rozdział swego życia. Miała też przeczucie, że dla niej, wkrótce skończy się jej czas 'niepodróżowania'. Więc kto wie, może wybierze się do Arcachon? A może nieco dalej?
Stanęła przed lustrem. 'Aloha, Aloha' podśpiewywała swoim zwyczajem czesząc długie włosy.
Grzywkę przeczesała na bok spinając ją wsuwkami. Wkrótce urośnie i dorówna pozostałej
długości.
"Trochę to potrwa" - westchnęła Gienia. Cóż, niektóre rzeczy wymagają czasu.
Nie będzie już żadnych kapeluszy, różków ani turbanopodobnych ekstrawagancji.
Gienia naprawdę dobrze się czuła w nowej wersji siebie.
"Przecież to moja własna kreacja" - mówiąc 'kreacja', miała na myśli zarówno życie jak i nową sukienkę. Pójdzie teraz nad morze. Albo nie. Nagle zmieniła zdanie. Zapragnęła pójść do Dyke
Road parku. Zamówić kawę w Parkowej Cafe, usiąść na ławce i posłuchać ptasich koncertów. Oczywiście na 'tej' ławce. Na żadnej innej.
Ubrała zieloną sukienkę i otuliła się zielonym swetrem. Stosowne kolory na dzisiejszy, przedurodzinowy dzień.
     'XLI'
  
     Neda wsiadła do samochodu. Cudownie. Droga prawie pusta. Do Hove niecałe pół godziny.
Przestało padać. Ludzi prawie nie widać. Co jakiś czas, wzdłuż drogi pojawiały się kałuże,
których Neda z przyjemnością nie omijała. Już miała wjechać w kolejną, gdy zobaczyła idącą chodnikiem dziewczynę. Już kiedyś ją widziała. Zapamiętała tę dziwnie ubraną osobę na
Brighton Station. Chciała nawet zrobić jej zdjęcie. Jednak pociąg, do którego tak się spieszyła, odjeżdżał za pół minuty i było to wtedy niemożliwe. Tym razem nie mogła przegapić okazji.
Neda miała tę samą co Gienia łatwość nawiązywania kontaktów. Po prostu, kiedy chciała się
o czymś dowiedzieć - pytała. Kiedy chciała coś zakomunikować - mówiła.
Tym razem chciała zapytać, skąd pomysł na tak oryginalny ubiór, kim jest projektant i dlaczego właśnie tak. Otworzyła okno, ostrożnie podjechała do krawężnika i nieco wyprzedziła Gienię.
"Hello" - zawołała, gdy ta znalazła się na wysokości samochodu -
"Możesz poświęcić mi chwilkę?"
Gienia przystanęła, sądząc, że chodzi o wskazanie drogi. "Tak, oczywiście." - odpowiedziała.
Neda wysiadła z samochodu.
"Przepraszam cię" - i widząc, że zatrzymała się przed Parkową Cafe zaproponowała :
"Czy mogę zaprosić cię na herbatę?"
Gienia przyglądnęła się Nedzie, ale nie zdążyła zapytać, bo Neda pospieszyła z wyjaśnieniem :
"Jeżeli możesz poświęcić mi kwadrans, będzie mi bardzo miło."
"Nieźle. Urodzinowe niespodzianki zaczynają się już dzisiaj. To dobry znak" - pomyślała Gienia.
I odpowiedziała : "Dobrze."
Wiedziała, że nie ma potrzeby pytać 'dlaczego'.
Neda zauważyła, że jej rozmówczyni jest młodą dziewczyną. I - jak zdążyła się zorientować - cudzoziemką. Nie była tak wysoka, jak wydawało się Nedzie, gdy zobaczyła ja po raz pierwszy.
Jej ubiór też nie był ekstrawagancki. Wprawdzie wszystkie części garderoby, z wyjątkiem sandałów
i być może bielizny  (o ile ją nosiła), były w kolorze zielonym, w tym wypadku można było raczej mówić o elegancji i dobrym smaku niż udziwnieniach.
Przyglądały się sobie z nieukrywanym zaciekawieniem.

Gienia odezwała się pierwsza :
"Chodzi ci o żyrafie różki, prawda?" - zapytała usiłując zachować powagę. Bowiem w tym momencie, poczuła dystans do tej dawnej, zbuntowanej Gieni. I z całą miłością i sympatią do
siebie,  nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Neda od razu podłapała :
"O różki, ogonek i kopytka. O całą żyrafę".
Równocześnie wybuchnęły śmiechem.
"Naprawdę zwróciłaś na mnie uwagę?" - zapytała Gienia - "Sądziłam, że zlewam się z tłumem podróżnych.".
Znowu zaczęły się śmiać.
"Nie, nie zwróciłabym uwagi. W końcu niejedną żyrafę można spotkać na ulicy. Ale nie każda posiada torebkę za 500 funtów." - Neda wskazała na torebkę, którą Gienia położyła na krześle.
"500 funtów?" - Gienia spojrzała  zaskoczona na swoją torbę -
"Dostałam ją od klientki, której zaprojektowałam i uszyłam suknię na jakiś ważny jubileusz.
Potem coś jeszcze u mnie zamawiała i była tak zadowolona, że dała mi tę torbę w prezencie.
Domyślałam się, że musi kosztować, ale nie sądziłam, że aż tyle."
Neda sięgnęła po torebkę.
"Sophie Hulme, najnowszy londyński trend. Nie wiedziałaś?" - zapytała bez zbytniego zdziwienia.
"Nie. Nie interesuje mnie moda. Chociaż fakt, czasem warto mieć modny dodatek, żeby zostać zauważoną." -  i dodała :
"Gdyby nie ta torebka, nie zaprosiłabyś mnie na herbatę."
"Gdyby nie te różki. Torebkę zauważyłam dopiero teraz. Jak masz na imię?"
Gienia zamyśliła się. Ta nieznajoma kobieta, która pojawiła się w tak nieoczekiwany sposób, towarzyszy jej w przełomowym momencie życia i nawet o tym nie wie. A może wie?
"Mam na imię Hilde." - odpowiedziała Gienia, po raz pierwszy od wielu, wielu lat.
I odetchnęła z ulgą.

     'XLII'

     Całe środowe popołudnie Gienia spędziła z Paputkiem. Pod wieczór dołączyła do nich
Mocarelka. Tak, to prawda. Gienia od wczoraj używa swojego prawdziwego imienia - Hilde.
Jednak dla przyjaciół na zawsze pozostanie Gienią.
"To tak jak u Indian. Ja też jestem Paputkiem, chociaż w paszporcie wpisane jest inne imię.
A nawet nazwisko" - zauważył Paputek.
Siedzieli w mieszkaniu Gieni i oglądali  'Kumare'. Śmiali się, zastanawiali, niepokoili i znowu
śmiali. Lubili wspólne oglądanie filmów. Jedli wtedy słodycze, pili miętową herbatę, a jak
zgłodnieli, Paputek gotował zupę lentilkową.
O szóstej umówili się z Mocarelką. Mocarelka przyszła punktualnie. Gienia szykowała się do wyjścia. Kiedy wyszła z łazienki Paputek i Mocarelka zaniemówili z wrażenia.
W długiej sukni, sandałach i naturalnych włosach, wyglądała jak jakaś piękna nieznajoma.
"No jak?" - zapytała Gienia z pewnym niepokojem w głosie.
"Jak 'jak?' " - równocześnie odpowiedzieli zapytani - "Rewelka!"
Zebrali się przed lustrem i zaśpiewali  'Aloha, Aloha'.
Mocarelka wyjęła z torebki telefon i zrobiła wszystkim pamiątkowe zdjęcie.
I cały wieczór świętowali, bo w końcu nie każdego dnia Żyrafka Gienia obchodzi urodziny.
A następnego dnia...
Cóż. Następnego dnia zaczęła się zupełnie nowa historia.
                                                            
                                                                        KONIEC
                                                         

POGODA w Brighton



O pogodzie w Brajtonie   od 9.o2 do 14.02.2o15 roku

Przyszła wiosna! Wprawdzie tego nie widać ale czuć i to bardzo wyraźnie.
W powietrzu jest to wiosenne, można powiedzieć marcowe, tchnienie. Pojawiła się
nadzieja. I mimo, że temperatury nie wzrosły w znaczny sposób, i prawdę mówiąc nadal
jest zimno (co nieustannie podkreślają rdzenni mieszkańcy Wyspy), a przy przelotny
deszczu pogoda jest 'horrible', ( również ich refleksja), nastał wiosenny czas.



Drzewa nadal są bezlistne,  nawet zimą można było zauważyć więcej kwitnących krzewów niż
teraz. Jest ten czas między stary a nowym. Przyroda szykuje się na nowy sezon. Kończą więc
swoje pięć minut przebiśniegi. Jesienne kwiaty, które prze zimowe miesiące podtrzymywały
teorię, że 'tutaj nie ma zimy', nagle zniknęły. Chociaż, jeszcze gdzieniegdzie są widoczne.


Cyklameny kwitnące w styczniu ustępują miejsca krokusom. Powoli przebijają się
narcyze, żonkile i bardziej nieśmiało tulipany.



I tak to wygląda w połowie lutego w Brajtonie.
A ponieważ dzisiaj Walentynki, wyszperałam  adekwatną do święta fotografię.
Zrobioną latem i stąd te zieleniejące nadzieją drzewa w tle :)