Translate

Tuesday, 18 November 2014

Idą Święta?


Nie muszę chyba zaczynać tradycyjnym
'wczoraj znowu padało'. Deszczowy listopad.
Podobno w tym tygodniu ma być lepiej.
Tymczasem spod parasola można dostrzec
rozświetlające jesienny wieczór
świąteczne dekoracje.

Bez szaleństw, stonowane połączenie niebiesko - żółtych światełek tworzy
podprogową sugestię, że lada moment Święta, Sylwester i Nowy Rok.
A tym samym pora pomyśleć o świątecznych zakupach.



Bez szaleństw, bo we władzach samorządowych dominują radni
z partii Zielonych. Stąd rozrzutność energetyczna nie wchodzi w rachubę.
No i jest to miasto angielskie, dlatego umiarkowanie jest tu jak najbardziej
na miejscu.
A dzisiaj... złota, chciałoby się powiedzieć 'polska' jesień. Ale nie. Jesień jest
oczywiście brajtonowska.

Zdjęcia pochodzą z ogrodu Augustiny, mojej landlady, czyli osoby, u której
wynajmuję pokój. Formą męską landlady jest landlord. Bardzo ładne nazwania.
Augustina jest cudną osobą, bardzo ceniącą sobie prywatność, w związku
z czym nie będę o niej pisać. Dość wspomnieć, że mieszka mi się
u niej spokojnie i wygodnie. Będę natomiast pisać, (może mniej
pisać a bardziej obrazować fotografiami) o ogrodzie Augustiny.




Tematem ogrodu, parków, tutejszejroślinności i zwierząt, zajmę się w kategorii
'Zachwyty Przyrodnicze'.
A dzisiaj na dowód, że słońce jednak tu bywa, pozostałości liści na platanie
oraz kątek ogrodu.
  

Sunday, 16 November 2014

BRIGHTON and HOVE


Ludzie z Londynu mówią, że jadą do Brighton.
Ludzie mieszkający w Brighton, Hove, Portslade, Hanglenton, Patcham
i odrębnych miasteczek : Ovingdean i Rottingdean, mówią, że przyjechali
do Londynu (lub dokądkolwiek) z Brighton.
Administracyjnie jest to Brighton i Hove, obejmujące cały teren, po którym
poruszają się moje ulubione, czerwone, piętrowe autobusy miejskie.



Jeszcze na początki XVIII wieku Brighton było wioska rybacką liczącą około
2 tysięcy mieszkańców.
Od 1730 roku, zaczęła się jego popularność za sprawą doktora Richarda Russela,
który propagował i zalecał swoim pacjentom 'wyjazdy do wód', jak to się
wówczas mówiło.
Od 1780 roku Brighton zaczęło przekształcać się w znany kurort. Przyjeżdżały tu
znane osobistości, w tym Książę Regent (późniejszy Król Jerzy IV) patronujący
temu przedsięwzięciu.
Liczba ludności w 1801 roku wzrosła do 7 tysięcy.
Sto lat później wynosiła już 120 tysięcy.


Poszczególne parafie, czy też później gminy stopniowo łączyły się w jedno miasto.
Już w XIX wieku, kiedy to Brighton i Hove były odrębnymi parafiami/gminami,
granice między nimi zupełnie się zatarły. 
W 1928 roku do Hove dołączono Hangleton,Preston Rural i West Blatchington.
W tym samym roku Ovingdean, Patcham i Rottingdean stały się częścią Brighton.
W 1972 roku Hove powiększyło się o Portslade (by Sea).

W 2004 roku Brighton and Hove otrzymało status 'City', potwierdzony
własnoręcznym podpisem przez Jej Wysokość Elżbietę II.
Nie wiem co to oznacza. Ma zapewne związek z ekonomią i administracją
i korzenie w jakiś historycznych uwarunkowaniach.
W całym Zjednoczonym Królestwie tym statusem cieszy się 69 miast,
z czego 51 w Anglii.
W każdym razie dla Brighton i Hove nie jest to bez znaczenia.



Przez długi czas sądziłam, że granica między Brighton a Hove przebiega
przez Palmeira Square.
Tam bowiem ulica Church Road przekształca się w Western Road.
A Western Road ciągnie się aż do Churchill Square, gdzie jest znane Centrum
Handlowe i przesiadkowe. I skąd dwa kroki do Clock Tower.
Byłam w błędzie.


Od strony morza granicę wyznacza Peace Statue (Pomnik Pokoju).
Na wysokim cokole umieszczona jest figura zwróconego w stronę miasta anioła.
Rekwizytami symbolizującymi ideę, którą reprezentuje, są trzymane w jego dłoniach
gałązka oliwna i ziemski glob.







Saturday, 15 November 2014

LTC czyli szkola angielskiego


Celem mojego wczorajszego spaceru do Hove nie było upodobanie
do deszczowych nastrojów. Maszerowałam do Language Teaching Centres
przy Portand Road. Jest to jedna z licznych szkół języka angielskiego
jakie istnieją w Brighton (& Hove).
Latem na kursy wakacyjne przyjeżdża tu mnóstwo młodzieży z różnych
stron świata.
Szkoły są dobrze zorganizowane, zapewniają zakwaterowanie, rozrywki
i odpowiedni dokument potwierdzający wiedzę ucznia.
Niektórzy zostają na kilka miesięcy by uczyć się języka a przy okazji
dobrze bawić. Brighton idealnie się to tego nadaje.


Cudzoziemcy będący w nieco innej sytuacji, tzn. dorośli, których przyjazd
był zmotywowany nieco odmiennymi priorytetami, wyszukują szkoły
z bezpłatnym kursem. Przez pierwsze miesiące mojego pobytu w Anglii
niestety nie udało mi się znaleźć żadnego. W lipcu tego roku załapałam się do LTC.
Miesiąc jest długi, więc mnóstwo ludzi przewija się w tym czasie przez
lekcyjną salę. Sporo z nas chodzi 'w kratkę'. Pojawiają się nowe twarze.


W mojej grupie są ludzie róznych narodowości. Wszyscy startujemy z jednego
poziomu, i mimo, że nasz zasób wiedzy jest różny, testy wskazują jednoznacznie ;
zaczynamy.
Nauczyciele nie mają łatwo. Każdy z nas mówi w swoim własnym,
angielskopodobnym dialekcie. Piszę 'nauczyciele' w liczbie mnogiej, ponieważ
jest ich kilkoro i w ciągu dwugodzinnych zajęć, każdy z nich ma kilkuminutowe
'wejście'.
Uczenie nas jest praktyczną częścią ich szkolenia. Bowiem oni też chodzą do tej
właśnie szkoły. W przeciwieństwie do nas płacą, są oceniani i czeka ich końcowy
egzamin. Są naprawdę świetni i dają z siebie dużo. Głównie Brytyjczycy,
ale zdarzają się też cudzoziemcy.
Wśród nauczycieli mieliśmy Amerykanina, Turczynkę, Austriaczkę i Rumunkę.
Jestem pełna podziwu dla ich pracy. Jak oni to robią?
Mają przed sobą grupę ludzi, których nie tylko mają nauczyć, ale dodatkowo
zrozumieć co uczeń mówi wplatając 'angielskie' słowa w sobie tylko znaną
konstrukcję zdaniową. Dukając poszczególne zdania bez właściwej intonacji,
za to z bardzo specyficznym akcentowaniem. Nie mają łatwo. Ale są cudowni.
Najlepiej wychodzi tym ze skłonnościami aktorskimi, ale inni też mają swoje
sposoby.
Kiedy już się trochę poznaliśmy i polubili, czas się rozstać. Nauczyciele kończą
swój kurs i rozjeżdżają po świecie.
A my już zapisujemy się na kolejny, styczniowy.
Nauczyciele będą nowi, niektórzy uczniowie też. No i może ten nasz angielski
będzie trochę bardziej angielski?
Póki co, ostatnie spotkanie.
Oglądamy 'Jaśka Fasolę', komentujemy poznając nowe słówka. Gry, zabawy,
dużo śmiechu, miły poczęstunek i pożegnalna fotografia,
A oto kraje pochodzenia uczestników kursu :
Kazachstan, Turcja, Szkocja, Afganistan, Bangladesz, Słowacja, Italia, Tunezja,
Irak, Egipt, Litwa, Chiny, Sudan, Hiszpania, i Polska.


Friday, 14 November 2014

November in BRIGHTON


Obudziłam się o piątej rano. Padało.
O szóstej wyszłam z domu. Padało nadal.
Z nadzieją, że wkrótce przestanie, podążałam dzielnie do pracy.
Czekał mnie półgodzinny spacer (spacer?) w strugach deszczu.

Nie udałam się na przystanek autobusowy, bowiem na przeszkodzie
głosowi rozsądku stanęło moje optymistyczne nastawienie.
Miałam nadzieję, że...

Nie mogłam się już bardziej zmniejszyć a przestrzeń pod parasolem była
dość ograniczona, zwłaszcza, że deszcz zdawał się padać z wszystkich
możliwych kierunków. Na szczęście nie było wiatru więc nie targało
Na nic zdało się umykanie od drzewa do drzewa. Liście, które jeszcze 
niedawno tworzyły ochronną koronę, gdzieś się zapodziały. Prawdą jest też,
że kiedy zieleniły się na gałęziach, deszcz zdarzał się nieczęsto i na niedługo.
           
Szósta trzydzieści. Pada. Dwie godziny później. Pada nadal i równie
intensywnie. Wychodzę. i znów czeka mnie półgodzinny spacer w deszczu.
Już nie takim ulewnym ale nadal bardzo mokrym. Mokre są również moje buty.
I łokieć wystający spod parasola.


Przed dziewiątą. Dzieci idą do szkoły. Prawie wszystkie mają wellingtony
czyli przeciwdeszczowe kaloszki. Mają też kolorowe parasole albo
w zastępstwie, czapki jakiekolwiek.




Nie lubię narzekać. Muszę jednak przyznać, że pogoda jest pod psem.
Patrzę w stronę morza. Nie ma horyzontu.
Przestrzeń między morzem, a niebem wypełnia biało-szara gęstość deszczu.

Dwie godziny w Szkole Językowej. Wychodzę po dwunastej.
Trochę jaśniej (w końcu to wczesne popołudnie więc jak ma być).
Z deszczu pozostała zaledwie mżawka.
Kiedy po dziesięciu minutach docieram na George Street, nagle świat się zmienia.
Słońce przegląda się w kałużach i rzuca promienie na mokre stoliki wystawione
na zewnątrz. Ludzie wyrastają jak spod ziemi i nigdzie się nie spieszą.
    


Muzyk z instrumentem dętym blaszanym dżezuje nastrojowo.      
Nastrojowo pachnie kawa, której aromat przenika na ulicę
przez otwarte drzwi śniadaniowych barów.
Nareszcie można usiąść na ławce i spokojnie poczytać gazetę.


Chwilo, trwaj wiecznie! I trwa. Do trzeciej popołudniu, kiedy nie wiedzieć czemu
zaczyna się ściemniać. I nie jest to zapowiedź deszczu. Po prostu do
Brajtonu i Hove przyszła angielska jesień. I po trwa jeszcze czas jakiś.
W okolicy grudnia będzie zwana zimą, ale nie niewiele się zmieni pogodowo.
Będzie zimowe Boże Narodzenie, zimowy Nowy Rok i Walentynki.
A potem już tylko wiosna.        

Thursday, 13 November 2014

BRIGHTON STATION czyli Brajton Główny



BRIGHTON STATION czyli Brajton Główny

Pierwsze połączenie w 1840 roku z Szorehamem (Shoreham-by-Sea).
Rok później z Londynem i sukcesywnie z całym Południem. A z London Victoria
z pozostałymi częściami Anglii, a nawet odległą Szkocją i nieco bliższą Walią.
Oczywiście przesiadając się na słynnej Victoria Station.
Za to bez przesiadki można w pół godziny dojechać do aeroportu Gatwick.

Bardzo stylowa, przestronna przestrzeń, której autorem jest David Mocatta.
Sądząc po owocach jego pracy (kilka obiektów na trasie Brighton - London)
miał on monopol na projektowanie dworców kolejowych w Sussex i okolicy.
Preferowany przez niego styl, zwany 'włoskim', jest rezultatem podróży do Italii
i sentymentu do krainy orzechów i makaronu.

Przed podróżą można kupić kawę i kanapki, można też zaglądnąć do sklepu
samoobsługowego (o ile czas pozwala) lub usiąść w kafejce (o ile czas pozwala
jeszcze bardziej).
W zależności od upodobań bilety kupujemy w automacie lub kasie.
Jeżeli nasz powrót przewidujemy przed północą, a wyjeżdżamy po dziewiątej rano,
korzystamy z biletu w obie strony. Cena korzystna.
Podróżny z biletem ma prawo skorzystać z dworcowej toalety, czego nie mogą
uczynić osoby bez.

Przed dworcem taksówki i piętrowe autobusy miejskie mogą zawieźć nas
w dowolne miejsce.
Tańszy będzie dziesięciominutowy spacer w kierunku południowym, czyli
w stronę morza.
Kiedy znajdziemy się przy wieży zegarowej, będzie to znaczyło, że jesteśmy
w centrum
i możemy rozpocząć zwiedzanie.



W tym roku jeden z radnych w porozumieniu z kierownictwem stacji wprowadził
w życie ciekawy pomysł, umilający życie podróżnym.
Wzorem niektórych stacji angielskich, w przestrzeni pomiędzy wejściem głównym
a bramkami prowadzącymi bezpośrednio na perony, ustawiono pianino.
Koncertować mógł każdy, kto czuł się na siłach, bowiem upoważniała do tego
tabliczka z zachęcającym napisem 'Play me please". Chętnych nie brakowało.
Przypadkowi świadkowie zdarzenia dokumentowali je filmując i przesyłając
na kanał You Tube.
Rozbrzmiewała zarówno muzyka klasyczna, jak filmowa, jazz i popularne hiciorki.
Nie wiem jak długo potrwa ta inicjatywa. Mam nadzieję, że na trwale, bowiem
teraz nie wyobrażam sobie tego miejsca bez pianina w katalońskie pasy.


Wednesday, 12 November 2014

O makach c.d



O makach c.d
(w nieco innym kontekście)

Anglia słynąca z trawników pokazuje nieco inne oblicze.
W Brajtonie pojawiły się łąki. Wśród różnorodnych kwiatów można rozpoznać maki.
Nie tylko czerwone. Również te pomarańczowe zwane kalifornijskimi.
Pierwszą łąkę zobaczyłam na osiedlu przy Brighton Station.




Inny niewielki fragment wzdłuż Lewes Road.
Największą w Preston Park. Tam właśnie znajdowała się tabliczka z opisem
dla mniej zorientowanych.
Teraz nie ma już kwiatów. Rozsiały się i latem znowu zamienią się w łąkę.
Na dowód, że kwitły zamieszczam zdjęcia zrobione we wrześniu.

Tuesday, 11 November 2014

REMEMBRANCE DAY


REMEMBRANCE DAY
Dzień Pamięci, popularnie zwany 'Poppy Day'.

Zetknęłam się z tym świętem się w Brajtonie, kiedy to doświadczałam
mojej pierwszej jesieni na Wyspie. Był listopad. W Polsce związany
ze Świętem Zmarłych, Dniem Niepodległości i wizją Bożego Narodzenia.
Tutaj po pożegnanym ostatniego października halołinie, zamienieniem
kostuchy w choinkę i podobną jak w Polsce wizją, nagle poważne święto.

Obchodzone jest uroczyście każdego roku w 11-tym dniu, 11-go miesiąca.
Datę tę uznano za zakończenie I Wojny Światowej, zwanej tu Wielką Wojną.
O godzinie 11-tej przed południem minutą ciszy czci się pamięć Poległych.
Symbolem stał się mak i pieśń 'In Flanders Fields' ('Na Flandryjskich Polach'
a może na 'Polach Makowych' lub idąc tym torem 'Na Sennych Polach' albo
lepiej 'Polach z Sennych Koszmarów' ?)
napisanej do słów poematu kanadyjskiego poety, lekarza i żołnierza Johna McCrae.

Maki stały się symbolem pamięci o cierpieniach i krwi przelanej przez miliony ludzi.

Poemat powstał w 1915 roku.
Jego autor John McCrae, pracował jako chirurg w szpitalu polowym,
gdzie na co dzień stykał się z cierpieniem i śmiercią. Był świadkiem odchodzenia
wielu swoich kolegów. Sam niedługo cieszył się z zakończenia wojny.
Zmarł w styczniu 1918 roku.

Niestety nie wiem kiedy utwór ewoluował w pieśń, ani kto jest autorem muzyki.
Może wykorzystano jakiś istniejący wcześniej utwór? Jestem skłonna do takich
przypuszczeń, bo jak dla mnie (z całym szacunkiem oczywiście, bo z pewnością
autor jest szeroko znany na Wyspach) jest to melodia z dziewiętnastowiecznego
śpiewnika domowego. Ale może o to chodziło...
W każdym razie daleko jej do polskich piosenek legionowych.


W Dniu Pamięci organizowane są uroczystości 'ku czci'.
A na ulicach (nie tylko w ten Dzień,
ale również przez kilka dni poprzedzających i następnych),
sporo ludzi przypina do ubrania kartonowy maczek.

W Wielkiej Brytani istnieją dwie fabryki 'maków pamięci'.
W angielskim Richmond i szkockim Edynburgu.
Obie powstały w latach dwudziestych XX wieku, zatrudniają
głównie osoby niepełnosprawne, i produkują rocznie miliony maków.
Można je nabyć już miesiąc wcześniej w urzędach pocztowych i sklepach.